Arbuzowy raj

Arbuzowy stragan

Tradycyjne jadło ludów pasterskich składało się z produktów pochodzących z hodowanych zwierząt. I tak w Kirgistanie i w Sinciangu (nie tylko, ale tam byliśmy) w menu króluje mięso (np. szaszłyki). Co ciekawe, tradycyjny produkt procentowy też jest pochodzenia zwierzęcego. Mowa o kumysie, sfermentowanym mleku.

Tyle tradycja, gdy tymczasem nizinne tereny Kirgistanu (innych ościennych krajów zapewne też) rodzą wielkie ilości wszelkiej zieleniny. Latem do miast, wiosek, przy drogi – słowem wszędzie, gdzie są potencjalni kupcy, zwożone są arbuzy. Ich problemem jest to, że to owoce sezonowe i nie można ich długo przechowywać. Nawet robienie przetworów za bardzo nie wchodzi w grę. Producenci starają się więc sprzedawać jak najwięcej i jak najszybciej. Często przy drogach usypywane są pryzmy tych owoców, a obok w samochodzie czy w budce mieszka sprzedawca i handluje tydzień, dwa trzy, aż nie sprzeda wszystkiego lub się załamie.

Jedno jest pewne – gdy jest się w tamtych rejonach latem, trzeba się włączyć w to arbuzowe szaleństwo i jeść, ile się da. Arbuzy lubi chyba każdy. Nawet moja córka, która praktycznie owoców nie jada, polubiła je. Co prawda musiałem ją przekupić lodem, żeby wzięła kawałek do ust, ale potem zapomniała o lodzie i domagała się jeszcze.

Lubie!
0