Spalony las

Wycieczka do parku Torres del Paine była satysfakcjonująca. Kulminacyjnym punktem było odwiedzenie granitowych wież o wschodzie słońca, ale o tym już było. Gdzieś na początku pobytu w parku mijaliśmy widok taki jak na zdjęciu. Po wszystkim dowiedzieliśmy się, że to wina nieostrożnego turysty (już nie pamiętam, z Polski czy z Czech), który kilka dni przed naszym przybyciem rozpalił sobie ognisko, a od ogniska zajął się las. Szczęście w nieszczęściu, że minęliśmy się z podpalaczem mimo woli.

 

Lubie!
0

Ściana lodu

Ĺšciana lodu

„Patagonia” to jedna z tych nazw, które kojarzyły mi się magicznie. Kojarzyły i kojarzą. Ameryka Południowa w ogóle ma sporo magii. Pełno tam przestrzeni, gdzie nie uświadczysz człowieka, a Patagonia w tym przoduje. Oczywiście piękne górskie krajobrazy Andów to jedno, a równiny patagońskich pastwisk pastwisk to zupełnie inna sprawa.

Tyle tylko, że Patagonia to nie tylko wypas bydła czy owiec. To olbrzymia i różnorodna kraina. To w niej znajduje się park narodowy Los Glaciares. Jego najjaśniejszymi punktami są Fitz Roy (strzeliste granitowe turnie), Cerro Torre (jak wyżej) oraz lodowiec Perito Moreno (nadmienię tylko, że park Torres del Paine znajduje się niedaleko).

Wspomniane góry są dostępne dla wybranych, a lodowiec może odwiedzić każdy. Spływa on (tak, lód powoli, ale płynie czy może pełznie) z gór do jeziora, przez które przepływa rzeka. Gdy zablokuje przepływ wody, ta zbiera się z jednej jego strony, po czym przełamuje lodowy mur. Jest to podobno fascynujące widowisko. My nie mieliśmy szczęścia go oglądać, ale już „zwyczajne” odrywanie się potężnych brył lodu z czoła lodowca dostarcza wrażeń. Gdy kawał zamrożonej wody wielkości kamienicy wali się do wody, czuć to w każdym miejscu ciała.

Lubie!
0

Torres del Paine

Torres del PaineTorres del Paine – czyli olbrzymie granitowe wieże. U ich podnóża lodowiec, a na pierwszym planie rumowiska skalne. W Andach, a w końcu wszystkie góry w Amerycie Południowej to jakieś Andy, takich rumowisk jest całkiem sporo. Wchodzi się po tym fatalnie, bo trzeba cały czas walczyć – dwa kroki w górę, jeden w dół. Za to schodzi się trochę lepiej, ale też trzeba uważać, żeby się nie rozpędzić.

Lubie!
1

Wieże i my

Torres del Paine i myPark Torres del Paine to jedno z tych miejsc, które warto odwiedzić. Najważniejszym punktem wycieczki do tego miejsca jest odwiedzenie granitowych wież, które wyrastają około kilometra powyżej otoczenie. Pewnie największą frajdę sprawiają wspinaczom, ale i zwykli „deptacze” mogą mieć wiele radości z obcowania z nimi.

O samej wycieczce do parku jeszcze napiszę. Teraz o wieżach – sięgają 2,5 km nad poziom morza. Klasykiem jest wstanie wcześnie rano i obejrzenie ich o wschodzie słońca. Śpi się na kempingu, wstaje po ciemku i takoż w mroku idzie się górskimi ścieżkami. My się o mało co nie spóźniliśmy na ten spektakl, ale przyspieszyliśmy w odpowiednim momencie i zdyszani wpadliśmy na miejsce, skąd się go ogląda. Pechowo było trochę chmur i słońce nie było bardzo intensywne. Tym niemniej wieże wyglądały imponująco.

Nie daleko, bo ok. 150 km dalej jest Fitz Roy – również skalisty szczyt o podobnych charakterze, którego zdobywanie można obejrzeć w filmie Wernera Herzoga „Krzyk kamienia”. Sam film jakoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ale, jako że filmów o górach w roli głównej nie ma wiele, na pewno warto go zobaczyć. Z filmów górskich najbardziej polecam „Czekając na Joe”. Za tytuł dystrybutorowi należy się lanie, ale sam film… Jest to paradokument, ale trzyma w napięciu nie gorzej niż najlepsze fabuły. Tym bardziej, że jest oparty na prawdziwych wydarzeniach. Wydarzeniach – dodam – niesamowitych. Żeby nie odbierać przyjemności oglądania, nic więcej nie napiszę. Gdyby ktoś zachęcony przeze mnie go obejrzał, proszę podzielić się wrażeniami.

Lubie!
0