Nadal płynie

Tak się złożyło, że dwa prawie identyczne zdjęcia pojawiły się po kolei. Poprzednie jest wycinkiem poprzedniego, co łatwo poznać po tej samej gałęzi wystającej z wody. Nic dziwnego, że fotografowałem te same motywy wielokrotnie, skoro w tym samym miejscu spędziliśmy kilka dni, bezskutecznie czekając na łódź, która w końcu nigdy nie przypłynęła.

Wydawać by się mogło, że ten fragment naszej podróży okazał się porażką, ale nie, wręcz przeciwnie. Byliśmy w miejscu, do którego mało kto zagląda, mieliśmy okazję przyjrzeć się życiu miejscowych – powierzchownie, ale zawsze. Trudno jednak o coś innego, skoro nie znaliśmy języka. Pogryzły nas meszki, ale pochodziliśmy po lesie tropikalnym, przepłynęliśmy przez niego – bilans zdecydowanie pozytywny.

Lubie!
0

Gringos

Dopływ Madre de Dios

O tej przygodzie pisałem już kilka razy. Tym razem zdjęcie z momentu, kiedy dotarliśmy do rzeki, ale nie wiem jakiej. Nie dostąpiła zaszczytu, by na Google Mapsach być opatrzoną jakąś nazwą. Z pewnością jest to dopływ Matki Boskiej, czyli rzeki Madre de Dios. Nad wodę (miejscowość nazywała się Shintuya) dotarliśmy na ciężarowce, która pełniła rolę autobusu i sklepu. Na brzegu czekała łódź (z pierwszego lub raczej drugiego planu, ale były prawie identyczne).

Zapytałem siedzącego na brzegu współtowarzysza z ciężarówki, ile kosztuje przejazd do Boca Manu. Rzucił jakąś cenę, spytałem, czy dla „gringos”. Uśmiechnął się, ale nic nie odparł. Cóż – właściciel łodzi był monopolistą, więc nie dał się wiele zrobić. Zapłaciliśmy, umieściliśmy wewnątrz plecaki i siebie i… popłynęliśmy.

Podróż była długa, a nurt dość mocny. Momentami miałem wrażenie, że poruszamy się 10 cm na sekundę, ale może po prostu to była tylko prędkość względem fal. Tak czy inaczej – na miejsce dotarliśmy grubo po zmrok i byłem pełen podziwu dla nawigatora. Rzeka się wiła, przy brzegu było sporo gałęzi czy wręcz drzew, ale pewnie doprowadził nas do celu.

Problemem był nocleg, jak go znaleźć w nowym miejscu i to po ciemku? Ale o tym następnym razem.

Lubie!
0

Plaża po zmierzchu

Ko Lipe

Powyższe zdjęcie zostało zrobione na Ko Lipe, wyspie o której już pisałem, Ko lipe ma dwie główne plaże o wielce mówiących nazwach: Sunset Beach i Sunrise Beach, a także tę zaletę, że z jednej na drugą można się dostać w kilkadziesiąt minut spacerkiem. My spaliśmy po stronie zachodniej, więc zachodów słońca mieliśmy do woli. Wschodu nie widzieliśmy żadnego.

Lubie!
0

A gdzie słońce?

Zatoka Ha-long o zachodzie słońca

Są miejsca wprost stworzone do fotografowania. Proszę wyszukać zdjęcia zatoki Ha Long – co drugie zachwyca. Ale bywa i tak, że wszystko sprzysięgnie się przeciw fotografującemu. Podczas naszego rejsu po wodach wspomnianej zatoki przez prawie cały czas niebo było zachmurzone. Zdjęcia robiłem, bo i jakże mógłbym nie robić, ale było ciemno i smętnie. Powyższe zdjęcie to jeden z wyjątków, kiedy słońce łaskawie wychyliło się zza chmur.

Lubie!
0

Matka boska – tym razem z Peru

Matka boska - Madre de DiosOstatnia Matka boska, o której pisałem, była jej w miarę dobrym, choć chińskim, odpowiednikiem matki Jezusa. Ta, o której piszę dziś, ma wspólną tylko nazwę. To rzeka o hiszpańskiej nazwie Madre de dios.

Będąc w Ameryce Południowej, miałem w pamięci obrazy rejsów po Amazonce i jej dopływach, setki kilometrów dżungli, masy wolno przepływającej wody i czasu. Postanowiliśmy spróbować – w przewodniku wyszukaliśmy trasę, której pokonanie wydawało się możliwe i pojechaliśmy do Pilcopaty. Tam przespaliśmy się w hotelu („de Ruso” – bo jego właścicielka miała kiedyś męża/chłopaka Rosjanina) i na drugi dzień wsiedliśmy na ciężarówkę, która pełniła funkcję autobusu i obwoĹşnego sklepu.

Pojazdem tym dotarliśmy do rzeki, wsiedliśmy do łodzi i dopłynęliśmy do Boca Manu – sennego miasteczka w dżungli. O miasteczku opowiem jeszcze przy okazji, a dziś przedstawiam zdjęcie przystani, przy której spędziliśmy kilka dni, wyczekując łodzi. Jako że nie chcieliśmy przegapić okazji do wydostania się z miasta, zrywaliśmy się o świcie (6 rano) i czekaliśmy do popołudnia. My lekko nerwowo przygryzaliśmy palce, a Matka boska leniwie toczyła swe wody, jak to robi od tysięcy lat.

Lubie!
0

Na pampie

Boliwijska pampaZ czym się kojarzy Boliwia? Pewnie większości ludzi z niczym, może z Indiankami w melonikach. Skojarzenie dobre, bo są. Potem długo nic (w kwestii skojarzeń). Może jeszcze pojawią się góry i wysoko położony płaskowyż, ale bez szczegółów.

Płaskowyż jest, spory i wysoki, suchy i zimny. Ale są i niziny z tropikalną dżunglą, gdzie panuje zgoła odmienny klimat. Będąc w Boliwii, warto je odwiedzić, choćby w ramach popularnych wycieczek do dżungli lub na pampę. W dżungli nie byliśmy, słyszałem tylko, że dostaje się do ręki maczetę i się idzie przez gęsty las, tnąc to, co stanie na drodze, a przeciąć się da.

Pampa jest inna. Tam wszystko zależy od pory roku. Gdy wylewają rzeki, zamienia się w leśny ocean, choć oczywiście są na nim wyspy. Wtedy głównym środkiem lokomocji jest łódĹş, a w środku przewodnik i turyści.

To zdjęcie powstało chyba pierwszego dnia wycieczki, a przedstawia inną grupę, którą spotkaliśmy gdzieś na rzece. Nasza wyglądała zapewne podobnie. Skład ciekawy, jak to się często zdarza. Mieliśmy na przykład w załodze dwóch Ĺ»ydów. Chłopacy pojechali do Ameryki Południowej i przez kilka miesięcy zajmowali się okupowanie dyskotek w Buenos Aires i podrywaniem Argentynek i zapewne turystek z innych krajów. Dzięki temu nauczyli się nieĹşle hiszpańskiego, bo jak bajerować dziewczyny, nie umiejąc mówić w ich języku? Służyli więc za tłumaczy, bo nasz przewodnik z kolei nie mówił za bardzo po angielsku. Za to w swoim fachu był specem i potrafił wypatrzeć zwierzę zawsze jako pierwszy.

Lubie!
0

Boska Tajlandia

Ko Lipe

Tajlandia przede wszystkim kojarzy się z tropikalnym rajem. Zgadza się, są tropiki i jest wiele miejsc jak z pocztówki – palmy, drobny biały piasek, turkusowe morze. Na tym idyllicznym obrazku prawie zawsze jest rysa – tłumy turystów i wszystko złe, co się z tym kojarzy. Oczywiście są (lub były, gdy odwiedziliśmy ten kraj) inne miejsca. Jedno z nich to Ko Lipe.

Ko to po tajsku wyspa. Wyspa Lipe leży w obrębie parku narodowego Tarutao, ale że dawno temu została „nadana” tzw. morskim Cyganom, rządzi się swoimi prawami. Oczywiście morscy Cyganie nie mają nic wspólnego z naszymi – może tylko to, że są niespokojnymi duchami.

Tak czy inaczej – Ko Lipe leży na uboczu i trafiają tam tylko „wybrani”, którzy nie szukają zgiełku, dyskotek i typowej infrastruktury turystycznej. Wyspę można przejść na wylot w ciągu kilkudziesięciu minut. Do dyspozycji turystów są różne domki oraz miejsce na plaży (my rozbiliśmy namiot). Do tego kilkanascie (kilkadziesiąt) knajpek, kafejka internetowa i kilka firm nurkowych. Mając maskę, można nurkować z plaży i podziwiać mieszkańców rafy.

Można też podziwiać zachody słońca, pięknie oświetlającego kołyszące się łodzie oraz sąsiednie wysepki.

Lubie!
1