Galimatias

Finał naszej rocznej podróży to była Tajlandia. Oczywiście odwiedziliśmy tam sporo miejsc, ale nie mogło zabraknąć stolicy, w końcu zwykle w stolicach są główne lotniska, choć akurat to zdjęcie pochodzi z pierwszego pobytu w Bangkoku.

Miasto to ma różne oblicza – trudno, żeby przy tym rozmiarze mogło być inaczej. Jednak centrum, szczególnie w godzinach szczytu, jest bardzo ruchliwe. Zmysły turysty atakowane są chyba w każdy możliwy sposób – dźwiękami, zapachami, obrazami i ruchem (zmysł dotyku działa w dużym tłumie). Pomyślałem sobie, że przechylenie aparatu zwielokrotni wrażenia, podkreśli kołowrót, kociokwik i harmider, które tam panują.

Lubie!
0

Droga w Chinach

Droga w Chinach

Pamiętam, jak pierwszy raz jechałem do egzotycznego kraju (Węgry za taki uznać ni mogę). Od razu do Afryki, choć północnej, muzułmańskiej, a nie czarnej, która w hierarchii podróżniczo chyba stoi wyżej, no i jest bardziej typowa dla Afryki.

Wtedy byłem mocno przejęty i wszystko było nowe. Nowe zapachy, widoki, nowe niebezpieczeństwa, nowe niewygody. Główną niewygodą byli różnej maści nagabywacze, a niebezpieczeństwo okazało się tkwić tylko w naszej głowie. Wsiedliśmy bowiem do wagonu z grupą młodych ludzi i przez sporą część podróży patrzyliśmy na siebie wilkiem. Mieliśmy w głowie obrazy, jak budzimy się rano (wyjeżdżaliśmy wieczorem, dojechać mieliśmy rano) bez bagaży, bez dokumentów, czy może dostajemy po głowach pałkami.

Teraz już nie pamiętam, ale coś spowodowało, że zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że to bardzo mili ludzie i nie żywią wobec nas żadnych wrogich zamiarów. Jeden nawet zaprosił nas do siebie, ale ostatecznie nie skorzystaliśmy. Oczywiście do końca pobytu nie było tak sielankowo i jakaś kradzież nam się przytrafiła, ale to się zdarza wszędzie.

Gdy wjeżdżaliśmy do Chin, nie byliśmy nowicjuszami w podróżniczym rzemiośle. Mimo to wkraczaliśmy do nieznanego. W Chinach prawie wszystko jest inne – inny alfabet (a nawet dwa, bo w Sinciangu w użyciu jest też arabski), inne jedzenie, architektura, ludzie, samochody, czy system (komunizm kapitalistyczny czy jakoś tak). Nawet czas jest inny, bo pekiński. Jak w Kaszgarze wstaliśmy o 8 rano, był środek nocy.

Lubie!
0

Przed podróżą

 

Przed podróżą

Do Siem Rieapu dojechaliśmy nie tak znowu nietypowym środkiem lokomocji – pickupem. Po Kambodży podróżowaliśmy różnie – ale jednak głównie autobusami. Tutaj autobusu nie było. Pozostał samochód. Na pace były jakieś ławeczki, na nich ludzie, pomiędzy różne przedmioty (także nasze plecaki). Do odjazdu było trochę czasu. Oczywiście nie ma godzin odjazdu – jak się zbiorą ludzie. Czekaliśmy, jak robiłem zdjęcia, Gosię zagadywała jakaś miejscowa dziewczyna.

150 km – to niewiele. Standardowo 2 godziny jazdy. Ale nie tu obowiązują inne standardy! Kierowca pędził jak szalony, wyprzedzał na trzeciego, czwartego i w innych konfiguracjach. Zapewne pokonywał tę trasę wielokrotnie, więc można powiedzieć, że wiedział, co robi. Ale tak czy inaczej – lekkie emocje były.

Nie pamiętam, jak długo jechaliśmy. Ale gdy dotarliśmy na miejsce i znaleĹşliśmy hotel, czekał na nas Angkor!

Lubie!
0

Taki sobie obrazek

296DSC_1364

Kolejne zdjęcie z krainy herbacianych wzgórz, ale tym razem z miasta. Niezbyt szczególnego – ulica, wzdłuż domy, trochę sklepów, trochę knajpek, bank. I parę biur turystycznych. W jednym kupiliśmy wycieczkę po okolicy i zobaczyliśmy plantacje, fabrykę herbaty i motylarnię. Można było wziąć do ręki skorpiona. Gosia oczywiście skorzystała z tej okazji.

Lubie!
0

Chińska ulica

Chińska ulicaObecnie Chiny doganiają Zachód w liczbie samochodów. Wtedy oczywiście takie pojazdy były na ulicach, jaki i rowery czy skutery, ale moją uwagę zwróciło co innego (jeśli chodzi o komunikację): skutery elektryczne. Zdaje się, że obecnie są one chyba ślepą gałęzią rozwoju motoryzacji, ale w Chinach A.D. 2005 było ich sporo. Poruszały się bezszelestnie i można było zostać nieĹşle zaskoczonym przez Chińczyka nieomal wjeżdżającego w nas od tyłu takim właśnie pojazdem. W każdym bądĹş razie obecność takich pojazdów sprawia, że nie wystarczy nasłuchiwać, czy coś nadjeżdża, trzeba się również rozglądać.

Lubie!
0

Klasyka na kółkach

Land Rover w Cameron HighlandsZ Malezji do równika jest rzut beretem, stąd w prawie całym kraju panuje klimat tropikalny. Prawie, bo jak wiadomo, pogoda zależy nie tylko od położenia na globusie, ale także od wysokości.

Cameron Highlands to górzysta wyżyna (powyżej 1000 metrów n.p.m.). Było to jedyne miejsce, w którym trzeba było wieczorami zakładać coś na długi rękaw. Cameron Highlands słyną z herbacianych pól (jeszcze będzie zdjęcie), a także z uprawy truskawek. W mieście, w którym się zatrzymaliśmy, w sklepie z pamiątkami były truskawkowe swetry, kubki, dżemy i mnóstwo innych gadżetów. Same truskawki zobaczyłem podczas wycieczki. Nie rosły na polu, ale w workach z ziemią, ułożonych na jakichś stojakach. Były to takie psiary, że u nas nikt by się nimi nie zainteresował. Ale na tamte warunki były jednak godne uwagi.

Ponieważ Malezją administrowali Brytyjczycy (nie była to typowa kolonia, sprawa jest dość zagmatwana), po ich wycofaniu w Cameron Highlands zostało mnóstwo klasycznych Land Roverów. Przewodnik twierdził, że to największe zagęszczenie na świecie i jestem skłonny w to wierzyć. Było ich naprawdę pełno i wszystkie wiekowe. I jak tu nie wierzyć w to, że samochody to robili przed wojną, a teraz to…

Lubie!
1

Cień wielkiej góry

Oj, myślę, że taka sytuacja pojawi się jeszcze nie raz. Znowu nie wiedziałem, gdzie zrobiłem to zdjęcie. Nie będę tu próbował nawet zastanawiać się nad tym, jakie miejsce zostało tu uwiecznione. Odnalazłem je w mojej kolekcji i bardzo się zdziwiłem.

Fotografia została zrobiona w Boliwii, niedaleko za La Paz. Był to początek podróży boliwijską drogą śmierci, która z wysokich gór wiedzie na nizinne obszary Boliwii. Szutrowy w większości trakt (na tym odcinku jeszcze jest asfalt) wije się, uczepiony stromych zboczy. Na najbardziej spektakularnym odcinku pod kołami autobusu metr drogi, dalej krawędĹş wielkiej przepaści. Widokowo to jedna z najciekawszych tras, jakie przejechałem.

Niestety widziałem ją raz, bo powrót był w nocy. Także raz zwykle przebywają ją rowerzyści. Popularny jest zjazd jednośladami (nie trzeba pedałować) na równiny i wtedy powrót następuje samochodem. Zapewne jest to niesamowite przeżycie, ale trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo zdarzają się przypadku zepchnięcia rowerzystów przez ciężarówki.

Ja szczęśliwie miałem miejsce przy właściwym oknie i przez sporą część trasy wisiałem przez nie, robiąc zdjęcia. Jako że droga była szutrowa, momentami mocno się kurzyło. Niestety, zaszkodziło to mojemu aparatowi, bo przestał się wyłączać! Tak, to nie pomyłka. Ponieważ w trybie czuwania pobór energii jest znikomy, nie było to takie uciążliwe.

Po powrocie do domu (na półmetku wyjazdu) starałem się chałupniczymi metodami oczyścić styki. Napsikałem do środka jakiegoś środka do czyszczenia klawiatur, ale efekt był opłakany. Teraz już nie pamiętam dokładnie, co to było, ale sprawiało, że aparat przestawał być dla mnie przydatny. Na szczęście wymycie tym razem alkoholem przywróciło mu sprawność. Odetchnąłem z ulgą. Przede mną było jeszcze 5 miesięcy wyprawy.

Lubie!
0

Zakonserowany w soli

Wrak na skrajuWracamy do Boliwii. Wrak jest na skraju solniska Uyuni, które jest pozostałością słonego jeziora. Jego powierzchnię pokrywa sól i w niektórych miejscach cienka warstwa wody (tam, gdzie jest niżej). Sól jest pozyskiwana, ale obecnie wykorzystuje się ją tylko lokalnie (eksport nie ma sensu). Siłą rzeczy odbywa się to głównie na obrzeżach solniska.

Po skończonej wycieczce wylądowaliśmy w miasteczku Uyuni. Była to nie lada atrakcja po pobycie w Argentynie i Chile, krajach bardzo zachodnich. Boliwia jest bardzo tradycyjna i egzotyczna, więc koloryt choćby ulicznych straganów bardzo nas ucieszył. Współtowarzysze naszej wycieczki chyba mieli na ten temat inne zdanie. Pierwsze, co zrobiliśmy, jeszcze na skraju solniska, to kupiliśmy od jakiejś kobieciny pysznego sera. Oczywiście inni uczestnicy wycieczki uznali, że to podejrzanie niehigieniczne i poczęstowani, tylko z grzeczności spróbowali odrobinę. Od razu wyjechali do La Paz, czas do autobusu spędzając w biurze agencji.

My zostaliśmy kilka dni, a o tym, co było dalej, jeszcze opowiem. Żałuję tylko, że nie poszliśmy z powrotem na skraj solniska, bo można tam było sfotografować osoby wydobywające sól. Teraz, posługując się Google mapsami, widzę, że było raptem 12 km (na przełaj połowa tej odległości). Ale cóż – w fotografii i nie tylko najbardziej żal straconych szans.

Lubie!
2