Ciągle walczy

Ciężarówkę widoczną powyżej sfotografowałem, bo, będąc w Ameryce Południowej, robiłem zdjęcia graffiti. Wśród nich często pojawiały się wizerunki Che Guevary i choć to nie było ściśle rzecz biorąc graffiti, to pasowało do pomysłu.

Teraz moją uwagę zwrócił jednak bardziej napis. Na innym zdjęciu znalazłem go całego. Brzmi „No soy vencedor, ni soy vencido, soy el que sigue luchando”, czyli „nie jestem zwycięzcą, nie jestem przegranym, ciągle walczę”. Nie wiem, czy hasło ma związek z Che Guevarą, czy to motto kierowcy. Tak czy siak – nie da się ukryć, że hasło jest dość uniwersalne.

Lubie!
0

Tylko droga

Kiedyś Marek Kamiński powiedział, że celem jest droga. W tym twierdzeniu coś jest, bo jeśli do czegoś się dąży powoli, mozolnie, to ta droga rzeczywiście trwa i jest wartością samą w sobie. Jeśli coś przychodzi łatwo, drogi nie ma, a to, co jest na końcu, ma mniejszą wartość. Przykład? Wejdźmy na górę o własnych siłach, w pocie, chłodzie, z bólem mięśni, głowy, otarciami itp. Ale satysfakcja będzie. Jeśli nas tam wwiozą helikopterem, owszem – widoki, powietrze, wiatr we włosach, selfie. Ale ślad, jaki w nas zostawi to wydarzenie, szybko się ulotni.

Będąc w Wang Wiengu, odwiedziliśmy niedalekie jaskinie. Jednak nie pokażę dziś jaskini, a – zgodnie z powyższym wywodem – zdjęcie zrobione po drodze. Nie była tak satysfakcjonująca, ale i tak pamiętam z niej chyba więcej niż z oglądanych potem jaskiń.

Lubie!
0

Jadą

W drodze do Siem Reapu

To był czas żniw, żniw ryżu. Widać to jasno na zdjęciach zrobionych troszkę wcześniej i troszkę później. Pola to już w większości rżyska, ale niepuste – leży i pewnie jeszcze schnie ścięty ryż, gdzieniegdzie stoją kopki zżętego zboża.

Ale wątpię, żeby młodzieńcy ze zdjęcia jechali gdzieś specjalnie na akcję-żniwa. Ludzie jak to ludzie – podróżują, przemieszają się, jeżdżą, chodzą. U nas wygląda to inaczej, bo prawie każdy ma samochód, a jak nie, to jedzie pociągiem czy autobusem. Tam w migracji obowiązuje wolna amerykanka. Wszystko, co się przemieszcza i da się tam umieścić człowieka, może być wykorzystane do podróżowania.

Lubie!
0

Wózek z osiołkiem

Wózek z osiołkiem

Pod Muztaghatę wyruszyliśmy z Kaszgaru. Dzień wcześniej odwiedziliśmy pierwszy raz chińską restaurację i było zabawnie. Oczywiście menu nie rozumieliśmy ni w ząb. Kelner na migi próbował wytłumaczyć, co zawierają potrawy, koledzy pomagali mu, rysując, śmiechu było co niemiara. Ale coś udało się zamówić i zjeść (choć pałaczkami nie było łatwo).

Na drugi dzień wstaliśmy wcześnie. Spakowaliśmy rzeczy, których nie zabieraliśmy w góry do worków na śmieci, zakleiliśmy i zdokumentowaliśmy fotograficznie. W plecakach mieliśmy cały nasz dobytek na pół roku, np. letnie ubrania, kąpielówki czy maskę do nurkowania. Rzeczy niepotrzebne powędrowały do agencji, która wiozła nas w góry.

Ostatnie zakupy (suszone owoce, orzechy) i w drogę. Po godzinie tankowanie, po kolejnej zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce. Było to ostatnie większe osiedle i spędziliśmy tam pół godziny, fotografując ludzi, zwierzęta, stragany itp. Kupiliśmy też arbuzy i trochę pysznych ujgurskich bułek.

Potem do końca podróży, która w sumie trwała 9 godzin, wiedzieliśmy tylko kilka betonowych pojedynczych domków. Po południu dotarliśmy na miejsce, wypakowaliśmy bagaże i przegnaliśmy się z kierowcą autobusu, który miał odebrać nas za trzy tygodnie.

Lubie!
0

Cień wielkiej góry

Oj, myślę, że taka sytuacja pojawi się jeszcze nie raz. Znowu nie wiedziałem, gdzie zrobiłem to zdjęcie. Nie będę tu próbował nawet zastanawiać się nad tym, jakie miejsce zostało tu uwiecznione. Odnalazłem je w mojej kolekcji i bardzo się zdziwiłem.

Fotografia została zrobiona w Boliwii, niedaleko za La Paz. Był to początek podróży boliwijską drogą śmierci, która z wysokich gór wiedzie na nizinne obszary Boliwii. Szutrowy w większości trakt (na tym odcinku jeszcze jest asfalt) wije się, uczepiony stromych zboczy. Na najbardziej spektakularnym odcinku pod kołami autobusu metr drogi, dalej krawędĹş wielkiej przepaści. Widokowo to jedna z najciekawszych tras, jakie przejechałem.

Niestety widziałem ją raz, bo powrót był w nocy. Także raz zwykle przebywają ją rowerzyści. Popularny jest zjazd jednośladami (nie trzeba pedałować) na równiny i wtedy powrót następuje samochodem. Zapewne jest to niesamowite przeżycie, ale trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo zdarzają się przypadku zepchnięcia rowerzystów przez ciężarówki.

Ja szczęśliwie miałem miejsce przy właściwym oknie i przez sporą część trasy wisiałem przez nie, robiąc zdjęcia. Jako że droga była szutrowa, momentami mocno się kurzyło. Niestety, zaszkodziło to mojemu aparatowi, bo przestał się wyłączać! Tak, to nie pomyłka. Ponieważ w trybie czuwania pobór energii jest znikomy, nie było to takie uciążliwe.

Po powrocie do domu (na półmetku wyjazdu) starałem się chałupniczymi metodami oczyścić styki. Napsikałem do środka jakiegoś środka do czyszczenia klawiatur, ale efekt był opłakany. Teraz już nie pamiętam dokładnie, co to było, ale sprawiało, że aparat przestawał być dla mnie przydatny. Na szczęście wymycie tym razem alkoholem przywróciło mu sprawność. Odetchnąłem z ulgą. Przede mną było jeszcze 5 miesięcy wyprawy.

Lubie!
0