Dolina skał

Dolina skał, czyli po hiszpańsku Valle de las rocas, to grupa skał (a jakże) wystających ponad zupełnie płaskie najbliższe otoczenie. Skałki mają po 20-30 metrów, a dzięki erozji tworzą najdziwniejsze kształty. Co je tak „wycięło” z otoczenia? Trudno powiedzieć. Na pewno nie woda. Być może to pozostałość lawy, bo teren obfituje w niegdyś dymiące stożki? Z drugiej strony sama skała wygląda mało wulkanicznie.

Ale abstrahując od tych rozważań – wyglądają bardzo ciekawie.

Lubie!
0

Powtórka z rozrywki

Chciałem napisać, że to ostatnie zdjęcie z podróży z Luang Prabangu do Vang Viengu, ale jednak nie. Jeszcze w tym roku pojawi się kolejne, tym razem ostatnie.

Lubie!
0

Trzecia setka

Na zaprzyjaźnionym blogu opublikowano niedawno wpis numer 1001. Ja jestem trochę gorszy, ale myślę, że też mogę się pochwalić zacnym numerem, mianowicie ten wpis jest trzechsetny. Początkowo publikowałem nawet dwa razy na tydzień, potem jakoś przybyło różnych obowiązków, brakło więc czasu na dodawanie postów więcej niż raz na tydzień. I myślę, że tak już pozostanie.

Powyższe zdjęcie pochodzi z drogi z La Paz do Rouranabaque – krętej, pełnej emocji i wspaniałych widoków.

Lubie!
1

Tylko droga

Kiedyś Marek Kamiński powiedział, że celem jest droga. W tym twierdzeniu coś jest, bo jeśli do czegoś się dąży powoli, mozolnie, to ta droga rzeczywiście trwa i jest wartością samą w sobie. Jeśli coś przychodzi łatwo, drogi nie ma, a to, co jest na końcu, ma mniejszą wartość. Przykład? Wejdźmy na górę o własnych siłach, w pocie, chłodzie, z bólem mięśni, głowy, otarciami itp. Ale satysfakcja będzie. Jeśli nas tam wwiozą helikopterem, owszem – widoki, powietrze, wiatr we włosach, selfie. Ale ślad, jaki w nas zostawi to wydarzenie, szybko się ulotni.

Będąc w Wang Wiengu, odwiedziliśmy niedalekie jaskinie. Jednak nie pokażę dziś jaskini, a – zgodnie z powyższym wywodem – zdjęcie zrobione po drodze. Nie była tak satysfakcjonująca, ale i tak pamiętam z niej chyba więcej niż z oglądanych potem jaskiń.

Lubie!
0

Lepioszka

W zeszłym tygodniu przypadkiem przeglądałem stare zdjęcia i natrafiłem na fotografie, o których opowiadałem w ostatnim wpisie. Wracaliśmy spod Piku Lenina i samochód zatrzymał się gdzieś na stepie. Już nie pamiętam po co czy dlaczego. Ale zjedliśmy coś w jurtach (zupę, która gotuje się na pierwszym zdjęciu) i widzieliśmy też pieczenie lepioszek w warunkach jurtowych.

Lubie!
0

Na krawędzi

O drodze z La Paz do Rurenabaque już pisałem. La Paz leży wysoko. Na tyle, że jeśli ktoś tam przyleci z nizin, może zapaść na chorobę wysokościową. Na pewno zaś osoby niezaaklimatyzowane męczą się z każdym robionym krokiem.

Z kolei Rurenabaque leży na nizinach. Zjazd z wyżyn La Paz jest bardzo spektakularny. Droga oplata góry, przytulając się do nich ściśle. W autobusie podróż jest w miarę bezpieczna, trochę gorzej mają rowerzyści, szczególnie jeśli spotkają się na zakręcie z autobusem. Pasażerom tego ostatniego pozostaje chłonięcie widoków, których nie da się zapomnieć. Potem z wolna gasną światła, przychodzi noc, podróżni zasypiają, by obudzić się rankiem na zupełnie płaskim terenie.

Lubie!
0

Mostek nad szczeliną

O szczelinach już raz pisałem. Tym razem zdjęcie jest ze skalą, choć wszystkiego nie widać. Szerokość szczeliny jest imponująca, na szczęście przed dwiema sylwetkami widać mostek, który był na tyle solidny, że wszyscy nim przechodzili. Inna droga, czyli obejście, byłaby dużo dłuższa, czasochłonna. Mostki śnieżne czasem pękają, więc jeśli jest takie ryzyko, warto się związać liną. Ale to nie był ten przypadek.

Lubie!
0

Mikro i makro

W górach obowiązuje inna skala. W pionie liczy się odległości w tysiącach metrów, czego nie doświadczymy na nizinach. Odległości też są inne, bo przebycie w poziomie kilometra może oznaczać wielki mozół (czasem nawet trwający dni czy tygodnie). Jednocześnie w miejscu, gdzie kamień (jak go widzimy z oddali) z bliska okazuje się bryłą skalną wielkości bloku mieszkalnego, roślinność schodzi do skali mikro. Nic dziwnego, w przyczajeniu łatwiej jest przerwać huraganowe wiatry czy opady śniegu.

W drodze do Nevado Mismi spotykaliśmy takie maleństwa – drzew nie było.

Lubie!
0

Spalony las

Wycieczka do parku Torres del Paine była satysfakcjonująca. Kulminacyjnym punktem było odwiedzenie granitowych wież o wschodzie słońca, ale o tym już było. Gdzieś na początku pobytu w parku mijaliśmy widok taki jak na zdjęciu. Po wszystkim dowiedzieliśmy się, że to wina nieostrożnego turysty (już nie pamiętam, z Polski czy z Czech), który kilka dni przed naszym przybyciem rozpalił sobie ognisko, a od ogniska zajął się las. Szczęście w nieszczęściu, że minęliśmy się z podpalaczem mimo woli.

 

Lubie!
0