Kipiel

Tak jak obiecałem tydzień temu, dziś inne spojrzenie na wodospady Iguazu. Konkretnie na ten największy, najbardziej okazały – Gardziel Diabla (Garganta del Diablo).

Widzieliśmy go na koniec pierwszego dnia (argentyńskiego) i taka kolejność była dobrym pomysłem. Gdyby nie to, pewnie pozostałe miejsca odbieralibyśmy jako gorsze od tego. A tak mieliśmy stopniowanie emocji ze spektakularnym finałem.

Do tego wodospadu idzie się po kładkach przez dość leniwie płynąca rzekę. Dopiero na środku jest wielki uskok i tam woda przyspiesza, waląc się potężną siłą w dół. Tego dołu miejscami nie widać, bo ciągle jest zakryty przez pył wodny. Gdzieś w skałach, pod wodospadami swoje gniazda mają jaskółki lub coś podobnego. Co chwila nurkują w kipiel i wylatują z niej.

Aby sobie wyobrazić całość, polecam obejrzeć zdjęcie z góry, którego oczywiście ja nie miałem jak zrobić. Ale od czego jest Internet?

 

Lubie!
0

Za tęczą

Iguazu ma wiele oblicz. Każdy obiekt ma wiele oblicz, bo można go fotografować z różnych stron, w różny sposób i w różnych porach. Wodospady Iguazu dodatkowo to nie jeden obiekt, a rozległe miejsce, więc pod jedną nazwą kryje się wiele obiektów. Dlatego to zdjęcie trochę różni się od poprzedniego. Następne, za tydzień, będzie zupełnie inne.

Lubie!
0

Dolina guanako

Nasze wejście na Aconcaguę było satysfakcjonujące. Powodów było kilka. Pierwszym było to, że pół roku wcześniej nie udało się zdobyć Piku Lenina. A tu poszło w zasadzie gładko. W zasadzie, bo oczywiście łatwo nie było i po drodze zdarzyło się kilka przygód.

Jedną z nich było… pomylenie drogi. W okolice Aconcagui dociera się np. autobusem, ale do bazy jest kawał drogi. Idzie się przez góry dwa czy trzy dni. Po drodze spotyka się ludzi, ale właśnie spotyka, mija, nocuje się w tym samym miejscu. Tłoku w każdym bądź razie nie ma. I kiedy należało skręcić w lewo, my poszliśmy potokiem prosto. Mieliśmy GPS i na nim góra jakoś tam się zbliżała, więc było ok.

Potem był nocleg i pogorszenie pogody rano. Wtedy skręciliśmy, ale ścieżka robiła się coraz gorsza i gorsza, aż w końcu po naradzie i analizie, doszliśmy do wniosku, że jesteśmy nie tam, gdzie trzeba. Zawróciliśmy i już po 1,5 dnia skręciliśmy tym razem we właściwym miejscu.

Potem przeczytałem, że szliśmy alternatywną drogą, której nie obejmowało nasze zezwolenie (nasze było tańsze). Droga wiodła przez Dolinę Guanako i udało nam się te zwierzęta zobaczyć. Biegały po okolicznych zboczach, najwyraźniej zainteresowane niecodziennymi gośćmi. Co prawda do zamiast trzech dni szliśmy siedem, ale było warto.

Lubie!
0

Na straży

We wpisie o bekasie (sprzed roku) wspominałem o gęsiach, które nas odwiedzały podczas pobytu w Parku Narodowym Ziemi Ognistej. Wyglądało to tak, że ojciec rodziny znajdował jakieś lekkie wzniesienie, wdrapywał się na nie i lustrował okolicę. W tym czasie samica z młodymi spokojnie się pasły. Gdy gąsiora coś zaniepokoiło dawał znak i cała grupa zmykała. Dokładnie tak samo zachowuje się bażant, który prowadza kury (czasem z młodymi) niedaleko mojego domu.

Lubie!
0

Ściana

W górach wszystko co północne ma większą moc. Wiadomo, od południa, wschodu czy zachodu świeci słońce, a od północy nie. Wyjątkiem są góry na drugiej półkuli, gdzie słońce wstaje na wschodzie, wędruje na północ i chowa się na zachodzie. Dlatego to południowa ściana Aconcagui ma moc.

My oczywiście się nią nie wspinaliśmy, ale ze szczytu była doskonale widoczna i robiła wrażenie. Była to dodatkowa nagroda za wejście na wierzchołek, bo widoki z góry (jeśli są), to taka wisienka na torcie, którym jest satysfakcja z pokonania samego siebie, zwycięstwa w zmaganiach z pogodą, wysokością i zmęczeniem. Bez wisienki tort też smakuje, ale z nią bardziej.

Nie trzeba zapominać, że choć wisienka jest na górze, tort czeka na dole. W naszym przypadku wejście okazało się (jak na tamte warunki) relatywnie nie aż takie trudne. Ale żeby odebrać nagrodę, musieliśmy sporo dać z siebie podczas zejścia. Udało się i pozostały: satysfakcja, zdjęcia i jakiś kamyk, który podczas przeprowadzki gdzieś został wetknięty. Ale jeszcze się znajdzie.

Lubie!
0

Fiord, nie fiord

Wybrzeże Patagonii

Fiordy kojarzą się z Norwegią. O tyle słusznie, że słowo pochodzi z języka norweskiego, choć fiord jako element krajobrazu nie jest wyłącznie norweski. Fiordy spotykamy nie tylko na północy Europy (w Norwegii, na Islandii, Grenlandii), północy Ameryki (na półwyspie Labrador czy Alasce), ale także na południu, po drugiej stronie kuli ziemskiej.

Południowe wybrzeże Chile wygląda podobnie jak norweskie. Pełno jest zatok, wiele z nich rozgałęzionych i co ważne, są pochodzenia lodowcowego (warunek konieczny, by były fiordami).

Powyższe zdjęcie zostało zrobione nad kanałem Beagle, niedaleko Ushuaii. Niestety, fiordy są po wschodniej części końcówki kontynentu południowoamerykańskiego, czyli w Chile. Teren jest tam tak po przecinany najróżniejszymi kanałami, że do wielu miastu da się dojechać tylko od strony Argentyny. Z kolei by lądem dostać się do Ushuaii, trzeba przejechać przez terytorium chilijskie.

Lubie!
0

Płynie lód

Lodowiec Perito Moreno

Lodowiec Perito Moreno robi spore wrażenie, miejsce jest dość odludne i otoczone górami, ale wbrew temu, co można by sądzić, zobaczyć go jest łatwo. Z najbliższego (i to dość turystycznego) miasta, z El Calafate kursowały tam autobusy.

My wybraliśmy najwcześniejszy kurs, by tam się dostać i najpóźniejszy, by wrócić. Dzięki temu lodowego giganta mogliśmy oglądać prawie cały dzień. Zapewne są ludzie, dla których to byłaby strata czasu, ale nam się podobało.

Lubie!
0

Bekasowaty

Ptak z Ziemi Ognistej

W czasie moich wyjazdów fotografowanie zwierząt prawie zawsze było dziełem przypadku. Do wyjątków należały sytuacje, że gdzieś się udawałem po to, by robić zdjęcia zwierzętom. Tak było np. w Kenii a safari, w Indiach w parku im. Jima Corbetta czy w Awasie w Etiopii. Przeważnie jednak zwierzęta spotykaliśmy mniej lub bardziej przypadkowo.

Ten ptak (być może bekas kordylierski) nawinął się przed obiektyw w Parku Narodowym Ziemi Ognistej. Park nie jest duży, my biwakowaliśmy tam kilka dni, robiąc sobie piesze wycieczki i fotografując zwierzęta, które chyba niezbyt zaznajomione z ludźmi podchodziły dość blisko. Tego ranka odwiedziło nas także stadko gęsi.

Lubie!
0

Che i Argentyna

Che Gevara

Dzień przed zrobieniem tego zdjęcia byliśmy w polskie ambasadzie po paszport dla Gosi. Nasza trasa musiała ulec zmianie. Po powrocie z Aconcagui planowaliśmy jechać na południe, ale gdy zaaferowani wrzucaliśmy informacje na naszą stronę, ktoś świsnął nam plecak. Straty były – aparat, czeki podróżne, trochę gotówki i paszport. Niestety, bez tego ostatniego nie byliśmy w stanie kontynuować podróżny. To znaczy przejechalibyśmy jeszcze kawał Argentyny, ale już do Ziemi Ognistej byśmy nie dotarli, bo jedyna droga wiedzie przez Chile. W planach mieliśmy jeszcze inne kraje, więc – tak czy inaczej – musieliśmy wyrobić tymczasowy paszport.

Na szczęście obyło się bez komplikacji i zanim wyruszyliśmy na południe kraju, mogliśmy się zrelaksować w Buenos Aires. Proszę mnie dobrze zrozumieć – „zrelaksować” oznaczało spokojne włóczenie się po mieście, podglądanie ludzi, a nie żadne ekscesy.

W jednym z turystycznych zakątków miasta na stoisku z pocztówkami zobaczyłem kilka poświęconych Che Gevarze. Prezentuję tę najmniej dosłowną, ale zawierającą wszystko.

Lubie!
0

Iguazu

Wodospady Iguazu

Niedaleko miejsca, w którym znajdują się wodospady Iguazu, spotykają się granice trzech państw: Paragwaju, Brazylii i Argentyny. Ale słynne wodospady leżą tylko między dwoma ostatnimi państwami.

Naszą bazą było argentyńskie miasto Puerto Iguazu. Klimat panuje tam tropikalny, więc nasze puchowe śpiwory natychmiast złapały wilgoć i oklapły. Na szczęście nie były potrzebne, bo w tropikach nie tylko jest mokro, ale i gorąco.

Do wodospadów pojechaliśmy autobusem, który zawiózł nas do budynku parku narodowego, a dalej poruszaliśmy się głównie piesze. Iguazu słusznie mają liczbę mnogą, bo na rzece jest cała masa katarakt. Jedne większe, inne mniejsze, a jeszcze inne gigantyczne. Ogląda się je też w różny sposób – czasem z lekkiego dystansu, czasem z większego oddalenia, a niekiedy „twarzą w twarz”. To ostatnie jest szczególnie przyjemne, bo przyjemności obcowania z żywiołem dochodzi doświadczamy dającego ochłodę kontaktu z pyłem wodnym, znoszonym przez wiatr.

Warto wybrać się na wycieczki po obu stronach granicy. bo w Argentynie jesteśmy mniej lub bardziej, ale jednak wewnątrz, a w Brazylii mamy możliwość podziwiania panoramy. Bez względu na to, z której strony patrzymy, wodospady Iguazu to jedno ze wspanialszych miejsc, jakie oglądałem.

Lubie!
0