Spalony las

Wycieczka do parku Torres del Paine była satysfakcjonująca. Kulminacyjnym punktem było odwiedzenie granitowych wież o wschodzie słońca, ale o tym już było. Gdzieś na początku pobytu w parku mijaliśmy widok taki jak na zdjęciu. Po wszystkim dowiedzieliśmy się, że to wina nieostrożnego turysty (już nie pamiętam, z Polski czy z Czech), który kilka dni przed naszym przybyciem rozpalił sobie ognisko, a od ogniska zajął się las. Szczęście w nieszczęściu, że minęliśmy się z podpalaczem mimo woli.

 

Lubie!
0

Z górki, pod górkę

Chilijskie Valparaiso leży nad morzem. W sumie to nic dziwnego, jeśli mówimy o mieście w kraju, w którym linia brzegowa (prawie w linii prostej) liczy 4500 kilometrów, a punkt najbardziej oddalony od morza znajduje się od niego 330 km. Mimo to Chile jest różnorodne – ma wybrzeże, wysokie góry, pustynie i tereny subpolarne.

Valparaiso to ważny port. Bliskość morza czuć tam bezapelacyjnie. Można je znakomicie obserwować, wystarczy wspiąć się do jakiegoś wyżej położonego fragmentu miasta. Takich nie brakuje, bo miasto jest położone na wielu wzgórzach. Chodzenie tam to prawdziwe wyzwanie, choć oczywiście są ułatwienia: miejskie autobusy i specjalne windo-kolejki.

W cukierniach widocznych na zdjęciach zaopatrywaliśmy się w pieczywo cukiernicze.

Lubie!
0

Gagatki

Pustynia Atacama

Jedno zdjęcie z pustyni Atakama już było. Pustyni… tak mi się skojarzyło, że w języku polskim słów związanych z „pustym” jest całkiem sporo – pustynia, pustelnia, pustka, pustkowie, pustak…

Nie mam żadnej historii związanej z Atakamą, ale będzie coś z innej pustyni – wysokogórskiej.

Kiedyś byliśmy w Etiopii i chcieliśmy wejść na najwyższy szczyt tego kraju – Ras Daszan. Gdy na niego wchodziliśmy, miał 4620 m, obecnie zmalał do 4550. Leży w parku narodowym – oczywiście górzystym, ale porośniętym gęsto roślinnością. Jednak gdy przyszliśmy w pobliże szczytu, krajobraz się zmienił. Ras Daszan jest wygasłym wulkanem i główne wzniesienie to fragment krawędzi kaldery. Wygląda tam jak na księżycu – brak jest roślinności (jedynie marne porosty), o zwierzętach nie wspominając.

Na wierzchołku zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i przed zejściem zechciałem zostawić tam pamiątkę – do woreczka foliowego włożyłem swoją wizytówkę i przycisnąłem kamieniem. Odeszliśmy kilka kroków i za naszymi plecami rozległo się… krakanie. Jak spod ziemi wyrosły dwa kruki i zabrały się za moją wizytówkę. Zaczęliśmy krzyczeć i upuściły zdobycz. Obciążyłem worek kamieniami, przymocowałem i poszliśmy.

Od tej pory kruki nazywaliśmy gagatkami.

Lubie!
0

Wycieczka z półki

Ciepłe Ĺşródła niedaleko San Pedro de Atacama

Nie lubię uczestniczyć w wycieczkach, które organizuje ktoś. Powód jest prosty – gdy jadę sam, to ja decyduję o wszystkim, gdzie, kiedy, jak i jak długo. Gdy biorę gotowy pakiet, prawie zawsze okazuje się, że nie pasuje do mnie. Jeśli założymy, że nie mówię o całych wakacjach, ale o krótkim wypadzie do pojedynczego miejsca, sprawa wygląda trochę lepiej. Przynajmniej miejsce jest takie, jakie wybiorę. Ale z całą resztą sprawa wyglądać może tak, jak opisałem.

Przeważnie chodzi o rozłożenie akcentów – na co poświęcamy ile czasu. Choćby o to, że jako fotografujący mam inne potrzeby niż reszta turystów. Wejść obejrzeć, ew. posłuchać przewodnika, to dopiero początek. Potem chcę robić zdjęcia, a to czasem wymaga rozłożenia statywu, wdrapania się na jakieś miejsce w celu złapania lepszego kadru i przede wszystkim często braku ludzi. Moje doświadczenia są też takie, że nierzadko podoba mi się nie to o innym.

Narzekanie narzekaniem, ale czasem organizowane wycieczki to najlepsza opcja, albo i jedyna. Szczególnie w przypadku miejsc trudno dostępnych, gdzie nie ma transportu publicznego, warto pojechać z wycieczką. Zwykle zawiera ona skondensowaną porcję atrakcji, więc dostaje się ich dużo, inna sprawa, jak jest z ich jakością (dogłębnie czy po łebkach).

Wycieczka do Salar de Uyuni, o której pisałem już wielokrotnie, była jedną z lepszych. Atrakcji było sporo, były różnorodne i można rzec w miarę wyczerpujące. Pamiętam, że jechaliśmy w dżipie z dwiema Argentynkami i parą ze Szwecji. Co do dziewczyn z Argentyny, nie mam zbyt wielu wspomnień. Ale o ile na nas kierowca zawsze musiał czekać, bo z wywieszonymi jęzorami biegaliśmy, badaliśmy i fotografowaliśmy, o tyle Szwedzi wyszli obejrzeli i czekali na wszystkich w samochodzie. Nie taniej by było obejrzeć to wszystko na ekranie telewizora?

Lubie!
1

Plankton na szczycie

Wulkan Licancabur, Boliwia

Wulkany pobudzają wyobraźnię, nie da się ukryć. Ziemia wydaje się być jednym z najbardziej solidnych fundamentów. Co prawda czasem się rusza (trzęsienia ziemi), ale raczej nie w Polsce (chyba że na terenach górniczych, ale wtedy najmniejsze drgania są sensacją). Z wulkanami też u nas krucho, a przynajmniej tymi, które wykazują jakąś aktywność, bo wygasłych trochę jest. Z wulkanem jest trochę jak z ziemią – niby stabilna góra, a może zacząć drżeć, pluć dymem, ogniem i lawą.

Powyższy wulkan został sfotografowany podczas wycieczki na solnisko Uyuni. Znajduje się blisko punktu startowego, czyli San Pedro de Atacama. Co tu dużo mówić, jest ładny. Klasyczny stożek i do tego wysoki, bo sięga prawie 6 tysięcy metrów. Tyle tylko, że okoliczny teren leży powyżej czterech tysięcy metrów (jezioro Laguna Verde jest na prawie 4700), więc wulkan ma niewiele ponad 1300 metrów wysokości. Tak czy inaczej – robi wrażenie. Na jego szczycie znajduje się najwyższe jezioro na świecie, a na dodatek podobno pływa w nim plankton!

Przeczytałem też, że pierwszymi zdobywcami byli prawdopodobnie Inkowie, bo ich zabudowania znaleziono blisko szczytu. Ciekawe, po co się tam pchali.

Aha – zdjęcie z tego co pamiętam, nie jest moje tylko Gosi.

Lubie!
0

Torres del Paine

Torres del PaineTorres del Paine – czyli olbrzymie granitowe wieże. U ich podnóża lodowiec, a na pierwszym planie rumowiska skalne. W Andach, a w końcu wszystkie góry w Amerycie Południowej to jakieś Andy, takich rumowisk jest całkiem sporo. Wchodzi się po tym fatalnie, bo trzeba cały czas walczyć – dwa kroki w górę, jeden w dół. Za to schodzi się trochę lepiej, ale też trzeba uważać, żeby się nie rozpędzić.

Lubie!
1

Wieże i my

Torres del Paine i myPark Torres del Paine to jedno z tych miejsc, które warto odwiedzić. Najważniejszym punktem wycieczki do tego miejsca jest odwiedzenie granitowych wież, które wyrastają około kilometra powyżej otoczenie. Pewnie największą frajdę sprawiają wspinaczom, ale i zwykli „deptacze” mogą mieć wiele radości z obcowania z nimi.

O samej wycieczce do parku jeszcze napiszę. Teraz o wieżach – sięgają 2,5 km nad poziom morza. Klasykiem jest wstanie wcześnie rano i obejrzenie ich o wschodzie słońca. Śpi się na kempingu, wstaje po ciemku i takoż w mroku idzie się górskimi ścieżkami. My się o mało co nie spóźniliśmy na ten spektakl, ale przyspieszyliśmy w odpowiednim momencie i zdyszani wpadliśmy na miejsce, skąd się go ogląda. Pechowo było trochę chmur i słońce nie było bardzo intensywne. Tym niemniej wieże wyglądały imponująco.

Nie daleko, bo ok. 150 km dalej jest Fitz Roy – również skalisty szczyt o podobnych charakterze, którego zdobywanie można obejrzeć w filmie Wernera Herzoga „Krzyk kamienia”. Sam film jakoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ale, jako że filmów o górach w roli głównej nie ma wiele, na pewno warto go zobaczyć. Z filmów górskich najbardziej polecam „Czekając na Joe”. Za tytuł dystrybutorowi należy się lanie, ale sam film… Jest to paradokument, ale trzyma w napięciu nie gorzej niż najlepsze fabuły. Tym bardziej, że jest oparty na prawdziwych wydarzeniach. Wydarzeniach – dodam – niesamowitych. Żeby nie odbierać przyjemności oglądania, nic więcej nie napiszę. Gdyby ktoś zachęcony przeze mnie go obejrzał, proszę podzielić się wrażeniami.

Lubie!
0

Nic nie będzie

Nic nie będzie - pustynia AtacamaChyba wszyscy pamiętamy kandydata na prezydenta RP Kononowicza. Wg niego miało niczego nie być. Wszyscy się śmiali, bo jak to – niczego?

Prawie niczego to nie ma w przestrzeni kosmicznej (powietrza nie ma, tylko czasem jakieś drobiny pyłu i różne cząstki elementarne lecące np. z gwiazd w nieznanym kierunku). Na Ziemi wszędzie coś jest, ale są miejsca, w których jest mniej niż w innych. Należą do nich pustynie, m.in. Atakama, przewijająca się w rankingach na najsuchsze miejsce na Ziemi.

My, wyruszając na wycieczkę do m.in. solniska Uyunii, odwiedziliśmy skraj Atakamy. Nasz samochód zatrzymał się nad brzegiem urwiska, skąd można było podziwiać panoramę pustyni. Wygląda inaczej niż to, do czego przyzwyczaiły nas piaskowe wydmy z Sahary.

Lubie!
0