Dzbanek na kwiaty

W ostatnich trzech zdjęciach z klasztoru Santa Catalina dominował kolor niebieski. Dziś wracam do czerwonego (ceglastego?) Ściana, doniczka (dzbanek?) i kwiatek czerwone. Tylko liście tradycyjnie – zielone.

Lubie!
0

Odbudowane

Po tylu latach odnaleźć, co znajduje się na zdjęciu, czasem nie jest łatwym zadaniem. Tym razem nie było tak źle. Co prawda widoczna budowla nie jest jakaś bardzo znana, ale oglądając zdjęcia różnych świątyń ze stolicy Kambodży, dość szybko wytypowałem tę właściwą. Nazywa się Ounalom.

Napisałem, że nie jest znana, bo dla mnie w roli turysty była po prostu ładną budowlą. Wikipedia twierdzi, że to najważniejsza świątynia Phnom Penh. Do środka nie wchodziłem, bo wyglądała dość współcześnie. Okazuje się, że powstała w XV wieku, ale Czerwoni Khmerzy ją zburzyli, po czym została odbudowana.

Lubie!
0

Bułeczki

Powyższe zdjęcie mogłoby pochodzić z prawie dowolnego kraju z Azji Środkowej. Nie jestem specjalistą, ale zapewne czapeczka zawęzi możliwe odpowiedzi. Kirgizi noszą kałpaki – białe, stożkowate kapelusze. Co do pozostałych – są one zbyt podobne, bym je rozróżniał.

Widoczny z lewej strony chleb to lepioszka, która jest popularna chyba na całym obszarze. Z kolei bułki zajmujące prawie cały stragan widziałem tylko w Sinciangu, kraju Ujgurów.

I stamtąd pochodzi to zdjęcie.

Lubie!
0

Wół zamiast konia

Wspominałem już o tym, ze w Kambodży wypożyczyliśmy motocykl. Celem było dotarcie do ruin Sambor Prey Kuk. Dzięki temu wyjazdowi oprócz resztek świątyń zobaczyliśmy parę obrazków, których, podróżując typowo, nie wiedzielibyśmy.

Jedną z nich był widok wozu zaprzężonego w woły. Nie wiem, do kiedy u nas stosowano te zwierzęta jako pociągowe, ale od dawna ich już nie ma. Jak wyczytałem w Wikipedii, jednym z powodów zastąpienia ich końmi było nieprzystosowanie do chodzenia po twardej nawierzchni (bruku, asfalcie).

W Kambodży asfalt jest, ale na zapadłej prowincji dróg polnych nie brakuje. I pewnie wołów też nie.

Lubie!
0

Melony i arbuzy

Raz pisałem o arbuzowym raju. Tamten był w Kirgistanie, ale jako że warunki klimatyczne są zbliżone w sąsiednim Sinciangu, także i tam w sezonie z arbuzami jest dobrze. Podobnie wygląda sprawa z melonami, choć w czasie upałów arbuz bardziej się sprawdza.

I zaprawdę powiadam Wam – nie ma niczego lepszego na upał niż arbuz z lodówki lub zimnego strumienia. Amen.

Lubie!
0

Na tratwie

Jezioro Titicaca leży między Peru a Boliwią. Wyspa Słońca jest w tym drugim kraju, ale Puno w pierwszym. Wyspa Słońca jest ważna, bo tam wg Inków urodził się tam Viracocha, pierwsi Inkowie oraz samo Słońce.

A Puno? Słynie chyba głównie z tego, że można tam oglądać tzw. pływające wyspy, będące w rzeczywistości tratwami zbudowanymi z sitowia. Nazwa wyspa nie jest całkiem nie na miejscu, bo w odróżnieniu od typowej tratwy, która służy raczej do przemieszczania się, na wyspach zwanych uros się mieszka.

Kiedyś wyspy chroniły mieszkających tam ludzi, bo wystarczyło oddalić się od brzegu i utrudniało się robotę wszelkiego rodzaju najeźdźcom. Obecnie zacumowane są blisko brzegu, by nie utrudniać życia… turystom. Prawdopodobnie tylko dzięki turystom uros przetrwały.

Ja niestety nie widziałem ich z bliska, bo w dniu, w którym powstało powyższe zdjęcie, leżałem powalony jakąś niestrawnością.

Lubie!
0

Ognisty królik

O Ziemi Ognistej było kilka razy, pokazywałem też zdjęcia ze znajdującego się tam parku. Na nich znalazł się bekas oraz gęś. Tym razem pora na zwierze – że tak powiem – nieoryginalne, a mianowicie królika. To swojski królik, przywieziony do Argentyny przez europejskich kolonistów. Widocznie jednak nie miał tam dobrych warunków jak w Australii, bo o żadnej pladze tych stworzonek w Patagonii nie słyszałem.

Lubie!
0

Ciągle walczy

Ciężarówkę widoczną powyżej sfotografowałem, bo, będąc w Ameryce Południowej, robiłem zdjęcia graffiti. Wśród nich często pojawiały się wizerunki Che Guevary i choć to nie było ściśle rzecz biorąc graffiti, to pasowało do pomysłu.

Teraz moją uwagę zwrócił jednak bardziej napis. Na innym zdjęciu znalazłem go całego. Brzmi „No soy vencedor, ni soy vencido, soy el que sigue luchando”, czyli „nie jestem zwycięzcą, nie jestem przegranym, ciągle walczę”. Nie wiem, czy hasło ma związek z Che Guevarą, czy to motto kierowcy. Tak czy siak – nie da się ukryć, że hasło jest dość uniwersalne.

Lubie!
0

McDolar’s

Gdy odwiedziliśmy Argentynę w 2005 roku, kryzys teoretycznie był już za nią. Rozpoczął się pod koniec 2001 roku, a jego zewnętrznym objawem była odmowa spłacania przez Argentynę zobowiązań finansowych wobec podmiotów zewnętrznych. Technicznie rzecz biorąc było to więc bankructwo. Ale oczywiście państwa nikt nie rozwiązał, trwało, próbowało się reformować i ok. 2003 r. zaczęło wychodzić na prostą.

W 2005 r. było już całkiem dobrze, choć skutki kryzysu nadal było widać. Jako że USA się z Argentyną średnio lubiły (od czasów lewicowego Perona), to i z drugiej strony raczej nie było sympatii.

Powyższe graffiti nie jest stricte antyamerykańskie. Jest wymierzone w konsumpcjonizm, pogoń za pieniądzem czy wręcz w kapitalizm. Ale jako że zarówno McDonald jak i dolary to wytwory amerykańskie, to myślę, że nie pomylę się mocno, jeśli uznam je za brak sympatii wobec USA.

Lubie!
0

Pszczółka

To jedno z najstarszych zdjęć prezentowanych tutaj. Zrobiłem je w 2004 moim pierwszym cyfrowym aparatem, Canonem A80. Seria A była raczej przeznaczona dla amatorów, ale aparaty potrafiły robić zdjęcia.

„Małpy” Canona w większości miały tryb makro, ale to zdjęcie powstało z dodatkową soczewką. Sam aparat miał matrycę 4 megapiksele, czyli teoretycznie marnie. Jak widać, nawet takim sprzętem można było zrobić dobrą fotkę.

Lubie!
0