Te kolory

Tak się składa, że Phnom Penh leży blisko granicy z Wietnamem i było to pierwsze miasto w Kambodży, które odwiedziliśmy. Jej skarby były jeszcze przed nami, więc cieszyło nas to, co było. Kambodżańskie zabytki w większej ilości i z większą jakością można znaleźć w innych miejscach, ale że chwilowo nie mieliśmy punktu odniesienia, nie marudziliśmy.  To zdjęcie powstało trzeciego dnia pobytu w stolicy Kambodży.

Lubie!
0

Przydrożny bar

Jednym z ważniejszych aspektów podróżowania jest jedzenie. Wiadomo – każdy je, trzeba to robić kilka razy dziennie (nie licząc wyjątków). I warto, by nie było to tylko zaspokajanie potrzeb kalorycznych, ale i ciekawe oraz przyjemne doznanie.

Bywa, że jemy to, co zabraliśmy ze sobą – bo na przykład na miejscu jest drogo. Są też ludzie (sam takich spotkałem), którzy lubią tylko takie jedzenie, jakie już kiedyś jedli. Czyli: nie ważne gdzie są, szukają pizzy, hamburgerów, spaghetti itp. Taka taktyka sprawdza się, jako wyjście awaryjne, ale ogólnie w ten sposób wiele tracimy. Podróże to nie tylko fotki na Instagramie czy Facebooku, ale ocean innych doznań, wśród których sygnały z kubków smakowych mogą stanowić istotną pozycję.

Warto więc poszukiwać oryginalnych miejscowych smaków, bo na drugi koniec świata jedziemy właśnie po to, by doznać czegoś nowego, różnego od tego, co mamy na co dzień (są wyjątki typu all inclusive, ale nie rozmawiajmy o patologiach). Z drugiej strony świat się globalizuje, także w kulinariach. Tak jak pisałem – pizza jest wszędzie, choć bywa, że ma lokalny rys. Kuchnie lokalne nie są stałe, z resztą nigdy nie były, choćby z tego powodu, że każdy kucharz czy kucharka przygotowuje potrawy po swojemu, istnieją też różnice regionalne.

Gdzie więc można znaleźć coś ciekawego i oryginalnego (przy czym nie chodzi o zgodność z wzorcem, który nie istnieje, ale o rzeczywiście lokalny rys)? Ja stawiam na przydrożne bary. W takich miejscach oczywiście wybór jest zwykle ograniczony, nie ma co liczyć na sterylną czystość czy powtarzalność potraw. Ale jeśli chcemy zjeść coś „typowego” – nie ma lepszego miejsca. Tam nikt nie sili się na oryginalność. Tam jest konkretnie i prosto. Miejscowo. A o to chyba chodzi?


Lubie!
0

Trzy z tysiąca

Czasem w poszukiwaniu natchnienia na tekst pod zdjęciem przeglądam fotografie zrobione przed i po tej, którą opisują. Niekiedy jest to konieczność, żeby przypomnieć sobie, co to za miejsce, ale zwykle chodzi o odświeżenie pamięci, w poszukiwaniu jakiegoś faktu, zdarzenia, skojarzenia.

I co wynikło z poszukiwań w tym przypadku? Przekonałem się, że trzy prezentowane panie są fragmentem sporej ściany, na której przeróżnych postaci jest co niemiara. Siedzą lub stoją w równych rzędach. Bynajmniej nie są robione od matrycy – zmieniają się pozy oraz postacie – są kobiety, mężczyźni, konie, jeźdźcy, piechurzy i wielki wąż.

Lubie!
0

Koniec Sinciangu

Sinciang to zachodni kraniec Chin. Dla nas, gdybyśmy podróżowali lądem, byłaby to pierwsza chińska prowincja. Ale dla Chińczyków jest ona ostatnia, bo dla nich centrum Chin to wschód.

W czasie ostatnich wakacji spotkałem Chińczyka, który na wieść o tym, że odwiedziłem kiedyś Sinciang, powiedział coś w stylu „O jej, nigdy tam nie byłem”. On nie był, ale etnicznych Chińczyków (Hanów) jest tam pełno. Już w 2004 Ujgurzy byli mniejszością lub prawie mniejszością w swoim kraju. Obecnie jest ich jeszcze mniej, a dla chińskiego rządu są terrorystami. Jeśli ktoś sądzi, że obozy reedukacyjne odeszły do przeszłości, może się rozczarować.

Lubie!
1

Wzywamy

Hoi-an to nie tylko wspaniały japoński most i piękna starówka. A raczej – piękno starówki to nie tylko ładne budynki, ale także urokliwe sklepiki. Jak ten – z gongami.

Lubie!
0

Niezrównoważone orzeszki

Bardzo podobne zdjęcie przedstawiające być może nawet te same orzeszki już było. I podobnie jak na tamtej fotografii, tak i na tej widać, że aparat nie popisał się automatycznym ustawianiem równowagi bieli. Niby gazety są białe, ale przecież orzeszki ziemne tak nie wyglądają. Choć na poprzednim zdjęciu prezentowały się znacznie lepiej.

Lubie!
0

Siedmiu wspaniałych od zaplecza

Pisałem raz o miasteczku, które skojarzyło mi się z westernem „Siedmiu wspaniałych”. Na tamtym zdjęciu był centralny plac (pewnie „de armas”, bo prawie każdy „rynek” tam się tam nazywa). Boczne uliczki niestety były mniej spektakularne.

Lubie!
0

Dolina skał

Dolina skał, czyli po hiszpańsku Valle de las rocas, to grupa skał (a jakże) wystających ponad zupełnie płaskie najbliższe otoczenie. Skałki mają po 20-30 metrów, a dzięki erozji tworzą najdziwniejsze kształty. Co je tak „wycięło” z otoczenia? Trudno powiedzieć. Na pewno nie woda. Być może to pozostałość lawy, bo teren obfituje w niegdyś dymiące stożki? Z drugiej strony sama skała wygląda mało wulkanicznie.

Ale abstrahując od tych rozważań – wyglądają bardzo ciekawie.

Lubie!
0