Pierwszy plan

Uczestniczka procesji w Uyunii

Mówią, że każdy kij ma dwa końce. Bez wątpienia coś w tym jest. Droga krzyżowa w Uyunii w pewnym sensie była zupełnie inna niż w Polsce. Obrządek ten sam, bo katolicki, ale w innej odmianie. Postacie w kapturach jak z filmu o amerykańskim Południu, kilka czy kilkanaście figur Jezusa w różnych sytuacjach (na krzyżu, w trumnie, na tronie) i ludzie jedzący kiełbaski (choć niby post – Wielki Piątek).

Drugi koniec kija, to obserwacja, że ludzi „zamieszanych” w tę uroczystość można podzielić na spotykane wszędzie grupy.

Byli zwykli obserwatorzy (czyli np. my – turyści). Byli uczestnicy bierni – stali wzdłuż pochodu, zapewne jakoś uczestniczyli (choćby formalnie - „Byłeś na procesji? Byłem!”). Byli uczestnicy czynni, którzy szli w procesji i wreszcie byli aktorzy. Tych można podzielić na pierwszo-, drugo- i trzecioplanowych.

Ostatni mieli do zagrania jakieś drobne techniczne role. Drugoplanowi np. występowali, krocząc w barwnych strojach (które nota bene przywędrowały z Hiszpanii), nieśli postacie Jezusa itp.

Do pierwszoplanowych bez wątpienia zaliczyłbym widoczną na zdjęciu kobietę.. Nie znam się na tajnikach odprawianych obrzędów, ale widać było, że to, co ona robiła, było bardzo ważne. Okadzała, dmuchała, wszystko z czcią i pietyzmem.

Ona dawała z siebie wszystko, a inni przechodzili, jedli, rozmawiali i… robili zdjęcia.

Lubie!
0

Kirgiski krajobraz

Kirgiski krajobraz

Kiedy mniej więcej rok po zrobieniu tego zdjęcia znowu podróżowaliśmy przez Kirgistan, naszym środkiem lokomocji był autobus (przynajmniej na pierwszym etapie). Zacząłem tam rozmawiać z jakimś Kirgizem i pytał mnie o wrażenia. Mój rosyjski nie pozwalał na powiedzenie wszystkiego, co bym chciał, ale próbowałem przekazać mu, że dla mnie zaskakujące jest to, że z prawie płaskiego stepu nagle wyrastają góry.

U nas teren zmienia się stopniowo. Najpierw się trochę fałduje, potem są niskie, zielone góry, a w końcu zieleń ustępuje skałom i kamieniom, a zbocza gwałtownie się nachylają. W Kirgistanie wyglądało to tak, jakby na na płaski, niczym ciasto, po którym przejechał wałek, step, ktoś narzucał kanciaste skały.

Lubie!
0

Poza kontrolą

Phonsavan - Dolina amfor

Są różne sposoby podróżowania. Dwa główne i ileś pośrednich. 1. Planujemy wszystko przed wyjazdem, dokładny plan, co, gdzie, kiedy, noclegi, transport itp. 2. Idziemy na żywioł. My stosowaliśmy coś pośredniego. Czyli wstępnie planowaliśmy, ale gdy była okazja, modyfikowaliśmy plany. Czasem chcąc-nie chcąc.

Do Phonsavan pojechaliśmy w miarę zgodnie z planem. Ale na miejscu spotkała nas nie miła niespodzianka. Miejsce miało być turystyczne, a nie było tam prawie wcale turystów. Nie to, że za nimi przepadamy – ogólnie to turyści psują miejsca, w których bywają, więc raczej wolimy podróżować tam, gdzie ich nie ma za dużo. Ale tym razem chcieliśmy pojechać na wycieczkę do doliny amfor, a cena zależała od liczby uczestników.

Cały dzień łaziliśmy więc po mieście i szukaliśmy potencjalnych towarzyszy wycieczki. ZnaleĹşliśmy ich tyle, ile trzeba i poszliśmy do agencji. Tu okazało się, że potrzeby nasze i znalezionych przez nas uczestników wycieczki się rozmijają. My chcieliśmy tanio – oni woleli zapłacić wiece, by dostać więcej (co wcale nie było pewne). Mówiąc krótko – negocjacje wymknęły się spod naszej kontroli i wycieczka pojechała bez organizatorów czyli nas.

Ale amfory zobaczyliśmy, bo poszliśmy do nich. Nie były daleko, o tylko 2,5 godziny marszu. Na miejscu spotkaliśmy naszą wycieczkę, ale bez tego, który nam ją ukradł i chciał więcej za więcej.

Amfory były niesamowite – olbrzymie, zrobione z głazów. Kto i po co je zrobił, do dziś nie wiadomo. Około 20% zostało zniszczonych przez Amerykanów podczas nalotów w czasie wojny z Wietnamem.

Lubie!
0