Chlebek, ciepły, świeży chlebek…

Tytuł jest fantazją, nie pamiętam, czy sprzedawczyni coś krzyczała, ale jest to prawdopodobne. Trochę nas zdziwiły te bułki we Wietnamie. Jeśli jednak przypomni się sobie, że kraj ten to dawne Indochiny, czyli francuska kolonia, to widok takiego pieczywa nie jest już niczym dziwnym.

Podobnie było w Etiopii, gdzie z racji okupacji włoskiej zadomowiła się pizza. Gdyby więc ktoś koniecznie chciał doszukiwać się pozytywów kolonii, to niech mówi o kuchni. Lokalnej nikt nie niszczył, wzbogacał ją tylko przywiezionymi elementami.

Lubie!
0

Przed murem

Królewski grobowiec z Hue po raz ostatni. Tak naprawdę grób (groby) był za widocznym na zdjęciu murem. Próbowałem wspiąć się na mur, ale już nie pamiętam, czy mi się udało, czy nie. W okolicy było sporo atrakcji, więc jeśli nie, to nie musiałem żałować.

Lubie!
0

Pięciolatka

Jak wiadomo, rok nie dzieli się równo na tygodnie. Dodatkowo, gdy zaczynałem publikować fotografie wygrzebane, robiłem to w inny dzień tygodnia. Tak więc z pewnym przybliżeniem mogę stwierdzić, że właśnie mija pięć lat prowadzania tego blogu. Pierwszy wpis pojawił się 23 kwietnia 2012 roku, a ten ma numer 265.

W nową pięciolatkę wpływamy barką. Płynie po Mekongu, jednej z większych rzek Azji. Ujście, gdzie zrobiłem tę fotografię, jest niedaleko Ho Chi Minhu, czyli dawnego Sajgonu. Jak widać, jednostka pływająca prezentuje wysoki standard, ma nawet telewizję (choć nie satelitarną).

Lubie!
0

W kapeluszu

Na wietnamskiej ulicy

Do Wietnamu wjechaliśmy przez Chiny. Gdy doszliśmy do przejścia granicznego, zobaczyliśmy tłum ludzi czekających na wjazd, i prawie wszyscy byli w charakterystycznych kapeluszach (jak pani na zdjęciu). I choć większości ludzi kojarzą się one z Chinami, to my w Kraju Środka nie widzieliśmy ich wcale.

Za to we Wietnamie było ich pełno. W sumie nic dziwnego, bo są bardzo praktyczne: lekkie, dają duży cień, głowie pod nimi nie jest za gorąco. Powyższe zdjęcie powstało nie tak późno po wjechaniu do Wietnamu, bo zaledwie po kilku dniach. Drugim przystankiem była stolica – Hanoi. Mieszka tam ponad 6 milionów ludzi, ale nie ma klimatu metropolii. W starym Hanoi obrazki takie jak powyżej są dość częste.

Lubie!
0

Mniejszości za mgłą

W Sapie

Sapa była naszym pierwszym przystankiem we Wietnamie. Ponad trzy tygodnie spędziliśmy w górach w Sinciangu, potem przejechaliśmy przez (prawie) całe Chiny, a na końcu weszliśmy do Wietnamu. Weszliśmy, bo granicą był most, który przekraczało się na pieszo. Dalej był chyba autobus, który dowiózł nas właśnie do Sapy.

Miejscowość ta leży w górach, co prawda niezbyt wysokich (ok. 1600 m n.p.m.), ale to wystarcza, żeby było tam chłodno i przyjemnie. W czasach kolonialnych pełniło funkcję kurortu, a i obecnie jest atrakcją turystyczną, tyle tylko, że nie dla „okupanta”, a dla przyjezdnych, takich jak my. No, może nie do końca, bo my po intensywnym pobycie w wysokich górach nie mieliśmy ochoty na męczące wycieczki.

Snuliśmy się więc po bliższej okolicy, tym bardziej, że mglista i deszczowa pogoda nie zachęcała do wędrówek. Nie pomagała tez w robieniu zdjęć. Widoki odpadały (deszcz i mgła), możliwe były tylko pstrykane z ukrycia portrety przedstawicieli mniejszości etnicznych, którzy ubranych w barwne stroje nie brakowało.

Lubie!
0

Makaron ryżowy

Produkcja makaronu ryżowego

W Wietnamie wiele atrakcji zwiedzaliśmy na zorganizowanych wycieczkach. Tak było taniej i czasem była to jedyna możliwość, bo daną rzecz zobaczyć. Odwiedzić dolinę Mekongu inaczej raczej się nie dało, bo trzeba by wynająć łódź, a wątpię, by ktoś nam zaufał, a i ja bym się chyba bał samemu poruszać takim środkiem lokomocji.

I sam bym pewnie nie odwiedził fabryki makaronu ryżowego. Dolinę Mekongu odwiedziliśmy z przewodnikiem i wracając, zatrzymaliśmy się w fabryce, fabryczce, no dobrze – najwyżej manufakturze, a może i warsztacie produkcji makaronu ryżowego. W formie „z paczki” paski czy rurki są przeźroczyste, ale w produkcji – jak widać – są mlecznobiałe.

Ryż na miejscu był pozbawiany łusek, gotowany, a uzyskaną tak masę wylewano na płaskie, gorące płyty, gdzie przez chwilę się smażyły. Potem widocznym na zdjęciu przyrządem były przenoszone do suszenia i chłodzenia. Na końcu je cięto i makaron gotowy.

Lubie!
0