W uścisku

Budynek w uścisku figowca

Klimat Angkoru robią między innymi drzewa, które oplatają niektóre świątynie (teraz niektóre, kiedyś pewnie większość). Nie sprawdzałem tego nigdzie, ale jestem prawie pewny, że w Sambor Prei Kuk są to te same drzewa. Jakie?

Z moich poszukiwań wynika, że jest to jakiś gatunek figowca lub fikusa, jeśli ktoś woli tę nazwę. Doszukałem się określenia Ficus Strangulosa, ale nie wiem, czy to nazwa gatunku, bo dusicielami nazywa się różne gatunki figowców. Mają jedną cechę wspólną – jeśli wyrosną na ziemi, stają się drzewem. Jeżeli nasiono upadnie gdzieś wysoko (w warunkach naturalnych może to być zagłębienie w gałęzi innego drzewa), pędy pną się w górę, a korzenie pełzną w dół, do wody, do gleby. Gdy tam dotrą, zaczynają przesyłać pokarm wyżej, a same rosną wszerz. Stają się coraz mocniejsze, aż w końcu duszą swoją podporę, która usycha, pewnie szybko gnije, a one przejmują funkcję pnia.

Brzmi strasznie, ale to powolny, „roślinny” proces. Nam nie zagraża, chyba że korzenie niszczą porzucone w dżungli budynki. Ale też nie zawsze, bo często dzięki nim mury się nie rozlatywały, opierając swój ciężar na korzeniach figowców.

Lubie!
0

Coś się dzieje

Coś się dzieje!Gdy Kapuściński pisał o Afryce (zdaje się, że w „Hebanie”), dużo było o czekaniu. Moje skromne obserwacje to potwierdzają. Bez względu na to, czy jest to Kambodża, Peru, czy dajmy na to Gruzja, ludzie do perfekcji opanowali sztukę czekania. Podstawowym warunkiem jest jednak to, żeby kraj nie był zbyt cywilizowany. Gdy taki się staje – jego mieszkańcy zaczynają za wszystkim gonić, czas przekształca się w pieniądz i sztuka czekania umiera (czekanie to brak ruchu, czyli strata, a tej nikt nie chce).

Jednak w miejscach, do których nie dotarła nasza gorączkowa pogoń (za czym? za wszystkim, za niczym), wygląda to zupełnie inaczej. Przeważnie nic się nie dzieje i trzeba robić coś, by utrzymać się na powierzchni delikatnie sunącego czasu. Spać, chodzić, rozmawiać, szukać, wypytywać – cokolwiek, byle upływał. Bo jeśli nie robimy niczego, stoi i nie ma nadziei, że coś się zmieni.

A zmiana jest niezbędna. Niezbędne jest zdarzenie, by coś się działo. Bo nawet najbardziej zaprawieni w sztuce przeczekiwania poruszają się od wyspy do wyspy, od chorągiewki wystającej z czasu do słupa oznaczającego choćby koniec dnia. Bez tych specjalnych punktów łatwo stracić orientację, ale i to się zdarza. Jednak przeważnie co jakiś czas coś się pojawia – ot choćby koniec dnia czy wschód słońca, ktoś przyjedzie, ktoś się urodzi czy umrze, sąsiad o coś zapyta lub ja będę miał pytanie do sąsiada.

Gdy czekaliśmy, aż ruszy samochód do Siem Reapu, obserwowałem. Ludzie siedzieli, stali, rozmawiali – raczej przeczekiwali czas. I nagle – jedzie samochód. Od razu zerwała się grupka młodych mężczyzn. Reszta też jakoś zareagowała, choćby podnosząc głowy, ale ci poderwali się i pobiegli. W ich przypadku powód był prozaiczny – chcieli załapać się na rozładowywanie lub transport ładunku. Czekanie czekaniem, sztuka utrzymywania się na powierzchni czasu sztuką, ale brzęcząca moneta (lub szeleszczący papierek) zawsze ma wartość.

Lubie!
1

Angkor Wat razy dwa

Angkor Wat i jego odbicie

Kiedyś miałem z jednym kolegą dyskusję na temat standaryzowanych podejść do robienia fotografii. W skrócie chodzi o to, że jest kilka znanych sposobów robienia zdjęć, które „sprzedaje się” początkującym, by ich zdjęcia nabrały jakości. Przeczytamy o nich w każdym artykule typu „Dobre zdjęcia w pięć minut”. Jest też kilka rad, czego należy unikać.

I o ile można psioczyć, że niektórzy na tych kilku złotych radach poprzestają, to nie da się ukryć, że większość tych „porad babuni” działa. Na przykład zastosowanie odbicia głównego motywu w wodzie. Tak samo, jak unikanie kompozycji centralnej (także horyzontu biegnącego w połowie kadru).

Na powyższym zdjęciu jest wyświechtany motyw odbicia oraz niezalecana kompozycja centralna (o ile Angkor Wat i jego odbicie potraktujemy jako dwie części motywu głównego). Tyle tylko, że odbicie jest częściowe, co sprawia, że środek ciężkości tej fotografii przesuwa się w górę. Obecność trawy obok tafli wody sprawia, że także symetria w osi lewo-prawo nagle znika. Odbicie nieba jest jaśniejsze niż niebo (ciekawe dlaczego…). Z lewej jest niekompletna wieża, z prawej palma…

No właśnie, proste reguły są dobre na początek, potem należy je delikatnie modyfikować, miksować, przetwarzać. No i powtarzać, próbować do znudzenia, aż wejdą w krew. Bo jeśli ktoś sądzi, że myślałem o tym wszystkim, robiąc tę fotografię, to jest w błędzie. Po prostu tak wyszło, a teraz dorobiłem teorię do zdjęcia.

Lubie!
0

Twarz w Bajonie

Twarz w Bayonie

Zanim pojechaliśmy do Kambodży, o Angkorze nie wiedziałem za wiele. Ale kiedy znaleĹşliśmy się na miejscu, od razu rzuciły mi się w oczy pamiątki przedstawiające charakterystyczna kamienne twarze. Sam z siebie wyglądają bardzo stylowo, ale zdaje się, że widziałem je wcześniej, bo od razu skojarzyły mi się z jakąś tajemnicą archeologicznej natury, że tak powiem.

Do twarzy nie dotarliśmy pierwszego dnia, ale zdaje się, że trzeciego mieliśmy ich przedsmak. Większość z nich jest w Bajonie, ale o ile pamiętam, kilka znajduje się poza nim. Do samego Bajonu dotarliśmy dnia czwartego. I tak jak w wierszu Tuwima „tych wagonów jest ze czterdzieści”, tych twarzy jest ponad 200. Do końca nie wiadomo, kogo przedstawiają, ale być może jednego z królów.

Lubie!
0

Przed podróżą

 

Przed podróżą

Do Siem Rieapu dojechaliśmy nie tak znowu nietypowym środkiem lokomocji – pickupem. Po Kambodży podróżowaliśmy różnie – ale jednak głównie autobusami. Tutaj autobusu nie było. Pozostał samochód. Na pace były jakieś ławeczki, na nich ludzie, pomiędzy różne przedmioty (także nasze plecaki). Do odjazdu było trochę czasu. Oczywiście nie ma godzin odjazdu – jak się zbiorą ludzie. Czekaliśmy, jak robiłem zdjęcia, Gosię zagadywała jakaś miejscowa dziewczyna.

150 km – to niewiele. Standardowo 2 godziny jazdy. Ale nie tu obowiązują inne standardy! Kierowca pędził jak szalony, wyprzedzał na trzeciego, czwartego i w innych konfiguracjach. Zapewne pokonywał tę trasę wielokrotnie, więc można powiedzieć, że wiedział, co robi. Ale tak czy inaczej – lekkie emocje były.

Nie pamiętam, jak długo jechaliśmy. Ale gdy dotarliśmy na miejsce i znaleĹşliśmy hotel, czekał na nas Angkor!

Lubie!
0

Pośpiech wskazany

Phnom PenhTrzecie zdjęcie z serii. Teraz, kiedy przeglądam to, co wybrałem, widzę, że w niektórych miejscach zrobiłem więcej zdjęć, które mi się podobały. I teraz mam problem, bo ile można pisać o tym samym?

Żeby nie było, nie cała stolica Kambodży wygląda jak na tej fotografii. Oczywiście pamiętam miejsca bardziej nowoczesne i w lepszym stanie. Ale gdy w Google’u wpisałem Phnom Pehn (nie Phnom Penh, jak kilka razy napisałem na tym blogu), dostałem listę zdjęć przedstawiających głównie świątynie i różne zabytki.

W sumie słusznie – jak na razie pojechanie do tak odległego kraju daje gwarancję nowych doznań – wizualnych, zapachowych, smakowych i dźwiękowych. Jednemu koledze np. Indie kojarzyły się ze smrodem (nigdy tam nie był). Ja odpowiadałem, że jak się chce mieć ładne zapachy, to wystarczy nie wyjeżdżać. Do Indii jedzie się m. in. po to, żeby nawąchać się tamtejszych także niezbyt przyjemnych zapachów. Do tego zobaczyć inne pomysły na wszelkie aspekty życia – począwszy od jedzenia, przez ubiór, a skończywszy na środkach transportu.

Niestety, ta różnorodność powoli zanika. Na bazarach na całym świecie można kupić ten sam chiński szmelc (choć na szczęście nie tylko), te same globalne marki. Trzeba się spieszyć.

Lubie!
1

Kolorowa świątynia

Kolorowa świątyniaPostęp techniczny w fotografii? Cały czas. Kiedyś miałem Smienę, gdzie czas był wyskalowany w „pogodzie”, a przesłona w czułości filmu. Do kadrowania był osobny wizjer, a migawka nie była sprzężona z przesuwaniem filmu.

Kolejny był Zenit TTL – dla mnie rewolucyjny, bo miał światłomierz i naciągając migawkę, przesuwałem film (koniec z naświetlaniem dwa razy na tej samej klatce).

Następny Nikon N70 – miał praktycznie wszystko, włącznie z obiektywem z autofocusem!

Od tego miejsca zaczynają się aparaty cyfrowe, ale nie chce już mi się o nich mówić. Obecne bardzo różnią się od mojego pierwszego. Być może gdybym miał nowoczesny aparat (na obecne czasy) w chwili robienia powyższego zdjęcia, wiedziałbym, gdzie zostało zrobione. A tak wiem tylko tyle, że było to w Phnom Penh.

Lubie!
0

Na tle nieba

Zachód słońca nad Angkor WatemO Angkorze napisałem tyle, że trudno coś dodać. Zrobiono mu tyle zdjęć, że trudno o nowe. Czy moje jest nowe? Nie wiem, ale rano przed budynkiem widziałem tłumek fotografów. Wieczorem mniej więcej w tym samym miejscu też. Zachodzące słońce mieli za sobą, co dawało fajne oświetlenie świątyni.

Szybka decyzja – a może Angkor Wat na tle zachodzącego słońca? Czekał mnie kawałek marszobiegu, bo cały kompleks z fosą jest duży. Słońce znikało, ale udało się. Przełączyłem wtedy na RAW-y, choć normalnie fotografowałem w JPG (kwestia oszczędności miejsca). Cofnąłem się między drzewa, żeby dodać ramkę z gałęzi. Zrobiłem kilka zdjęć – poziomych i pionowych. Jedno z podłużnych wisi u mnie na ścianie.

Lubie!
1

Śiwa

Ĺšiwa

Czy postać przedstawiona na zdjęciu to Śiwa? Trudno powiedzieć, bo panteon hinduistycznych bogów, bożków, bóstw, demonów i diabli wiedzą czego jeszcze (Śiwa to na przykład dewa) jest przeogromny. W Angkorze sporo tego jest utrwalone w postaci różnych płaskorzeźb (rzeźb też jest kilka, ale oczywiście mniej).

Gdy zwiedzaliśmy Angkor, czytaliśmy o przedstawianych historiach i wydawały się fascynujące. Gąszcz mitologii hinduistycznej jest imponujący. Po powrocie nawet kupiłem o tym książkę „Mity i legendy Indii”, ale wstyd powiedzieć – nigdy do niej nie zajrzeliśmy.

P.S.
Autor na wakacjach, więc post opublikował automat. Ale dziś małe święto, bo to setny wpis na tej stronie.

Lubie!
1

Ukryte

PłaskorzeĹşby wewnątrz świątyni Prasat Kravan

To był pierwszy dzień zwiedzania Angkoru. Zaczęliśmy ok. 8.15 rano. Wcześniej zapłaciliśmy, daliśmy zdjęcia i otrzymaliśmy tygodniowe bilety. Na pierwszy ogień poszedł Angkor Wat. Jest tam co zwiedzać, bo to największy obiekt. Około południa przeżyliśmy ulewę (normalna sprawa o tej porze roku).

Po południu poszliśmy do niepozornie wyglądających świątyń Prasat Kravan. Leżą tuż za kompleksem Angkor Watu, patrząc od strony drogi. Nazwa jest współczesna, bo oryginalna nie dotrwała do naszych czasów. Ĺšwiątynia w roku 912 została poświęcona Visznu, w roku 1930 oczyszczona z roślinności, a renowację zakończono w roku 1966.

Z zewnątrz nie widać niczego imponującego – pięć budynków, z których tylko jeden ma wieżę (zdaje się, że odtworzoną przez restauratorów). Całe piękno świątyni kryje się w środku – wewnętrzne ściany pokryte są wspaniałymi płaskorzeĹşbami. Ciekawostką jest to, że nie zostały one wyrzeĹşbione w litym kamieniu (jak w wielu innych budowlach Angkoru), ale w ceglanym murze. Z drugiej strony Prasat Kravan ma sporo lat więcej niż np. Angkor Wat, więc inna technologia nie dziwi.

Dla fotografa (takiego jakim ja byłem wtedy) problemem były ciasne pomieszczenia. Ale nawet obiektywem o najmniejszej ogniskowej 28 mm dało się pstryknąć ciekawą fotę.

Lubie!
0