Coca no es droga

Andy za La Paz

O wyjeździe z La Paz w kierunku nizin było i jeszcze będzie. Dziś o czymś, co mi się kojarzy z Boliwią. O koce. Na początku zdumiało mnie hasło „Coca no es droga”, które pojawiało się na przykład na pamiątkowych koszulkach. Nie chodzi o to, że koka jest tania (choć chyba jest), że ma coś wspólnego z drogą – droga to po hiszpańsku narkotyk, czyli hasło oznacza „koka nie jest narkotykiem”. I nie jest – z niej się robi narkotyk, ale liście koki same nie są groźne. Przypisuje jej się cudowne właściwości, np. że leczy chorobę wysokogórską, a w rzeczywistości co najwyżej znieczula.

A i to jest wątpliwe, bo samo żucie liści koki (czy picie naparu, a można kupić torebki z koką jak z miętą u nas) nic nie daje. Żeby wydzielił się narkotyk, potrzebny jest katalizator, jakieś białe świństwo. Miejscowi to wiedzą i np. górnicy w Potosi podobno wytrzymywali m.in. dzięki żuciu liści koki wraz z katalizatorem.

Ja piłem napar z koki, jadłem cukierki nadziewane koką, ale niczego nie poczułem. Mogę więc zaświadczyć, że koka to nie narkotyk.

Lubie!
2

O poranku

Dolina Mismi o poranku

Podobno inspiracją dla Jonasza Kofty, gdy pisał tekst piosenki „Radość o poranku”, był widok ludzi idących rano do fabryki. Ale wiadomo, że nie każdy czuje rano radość. W górach o tej porze dnia to raczej dość rzadkie uczucie. Ale nie zawsze.

Im wyżej, tym poranki są trudniejsze, bo jest zimniej. A różnica między nocą a dniem (szczególnie między nocą a słonecznym dniem) jest bardzo duża. Jeśli kogoś czeka długi marsz, wdaje wcześnie. Wtedy śpiwór bywa pokryty szronem (z wilgoci z oddechów), powłoka namiotu podobnie. Trzeba jakoś przygotować posiłek i picie. Albo trzeba nagarnąć śniegu, albo – jeśli jest się niżej – wyjść po wodę do strumienia. Jeśli ktoś był zapobiegawczy, nabrał wody dzień wcześniej i włożył butelkę do śpiwora (by nie zamarzła). Teraz tylko rozpalić kuchenkę, poczekać i można wlać w siebie coś ciepłego.

Pamiętam, jak raz w Indiach wyszliśmy rano, żeby dość do przełęczy (była celem naszej wędrówki). Przygotowanie śniadania nie wyglądało jakoś dramatycznie, bo nie zostało w mojej pamięci. Ale droga w górę już tak. Słońca nie było, wiał wiatr i było bardzo zimno. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się, żeby rozgrzać Gosi dłonie. Gdy dzień już wstawał, zboczyliśmy ze ścieżki, żeby tylko szybciej wystawić się na promienie słońca. Potem już było dużo lepiej. Ale bywało i gorzej, gdy w Andach obudziliśmy się w straszliwej zawierusze i nieomal huraganie.

Powyższe zdjęcie powstało też w Andach, ale w innym miejscu. Za sobą mieliśmy pobyt na szczycie Nevado Mismi i wizytę u Ĺşródeł Amazonki. Pozostał nam tylko powrót do cywilizacji. Dzień wcześniej śniegu nie było, ale za niebo było pokryte chmurami. Rano obudziło nas słońce i niewielka pokrywa śnieżna. Dzięki mogliśmy się przekonać, że na tej wysokości (ok. 5000 metrów) w niejakiej odległości od naszego namiotu coś łaziło. Odcisk łap był na oko koci, choć trochę większy niż typowego dachowca.

Lubie!
0

Tylko na zdjęciu

Góry nad rzeką

Pisałem ostatnio o mojej niechęci do organizowanych wycieczek, ale wspomniałem też, że czasem nie ma wyjścia, a i zdarzają się wycieczki całkiem przyjemne. Jak było z tą do Jaskini 1000 Buddów – nie pamiętam. To znaczy nie pamiętam, czy można się było tam dostać jakoś inaczej. Ale przeglądając zdjęcia zrobione razem z powyższym, przypomniałem sobie, że w pakiecie była wizyta w jakiejś wiosce. Wybaczcie, ale nie pamiętam szczegółów – coś w niej wyrabiali. Sądząc po zdjęciach były to na pewno wyroby tkackie i jakiś bimber (aparatura do jego wytwarzania została przeze mnie uwieczniona). A z bimbru wyrabiano wyjątkowe wyroby, to znaczy flaszki z zalanymi nim różnymi stworzeniami, wśród których królowały te niebezpieczne – węże (także kobry) i skorpiony.

Nie wiem, jak w Laosie wygląda kwestia akcyzy i domowego wyrobu alkoholi, ale butelkowanie różnych stworzeń jest chyba dozwolone. Gorzej z ich przywiezieniem do Polski. Miałem moment zawahania i chciałem kupić taką pamiątkę koledze, ale jakoś zrezygnowałem. I dobrze, bo na granicy mógłbym mieć z tego powodu kłopoty. Zostały mi węże i skorpiony w alkoholu na zdjęciach.

Lubie!
0

Plama w Machu Picchu

Machu picchu

Kolejne zdjęcie z Machu Picchu. Podobne do jednego z poprzednich. Zastanowiła mnie turkusowa plama, dość mocno kontrastująca z resztą zdjęcia (blisko dolnej krawędzi fotografii, mniej więcej na środku). Szczerze mówiąc, nigdy nie zwróciłem na nią uwagi. Już myślałem, że to jakaś wada samej fotki (zabrudzenie na matrycy czy soczewce), ale znalazłem ją też na innym zdjęciu. Tam jest lekko za mgłą, tu rzuca się w oczy. Co to jest?

Lubie!
0

Ten moment

Machu Picchu

O Machu Picchu już pisałem. Powyższe zdjęcie powstało gdy już kończyliśmy oglądać miasto Inków. Miejsce, w którym byliśmy, dawało klasyczny widok i oczywiście zrobiłem tam kilka zdjeć. Wiadomo – aparat cyfrowy daje możliwość pstrykania, więc zawsze wypróbuj się kilka wariantów danego ujęcia, by potem wybrać najlepsze.

I wtedy nagle pojawiła się lama. Nie wiem, co ona tam robiła, zapewne służyła do tego samego, do czego niedĹşwiedĹş w Zakopanem. Ale że właściciela nie było, nie musiałem się przejmować ewentualnymi roszczeniami i wykorzystałem niecnie obecność zwierzęcia.

Lama w oczywisty sposób kojarzy się z Ameryką Południową, w szczególności z Peru oraz Boliwią. Trzeba pamiętać, że ma ona kilku kuzynów. Nie mówię tu o wielbłądach, które są jej dalszymi kuzynami, ale o alpakach, wikuniach i guanako (te ostatnie udomowiono i tak powstały lamy).

Ta lama pojawiła się nagle, skubnęła trawy i dość szybko zniknęła. Nie miałem wiele czasu, by przygotować się do zrobienia zdjęcia, dlatego też nie jest ono doskonałe technicznie. Decyzja była prosta – przymknąłem przysłonę, żeby wydłużyć głębie ostrości, pomanwrowałem sobą (bo „modelką” się nie dało), by złapać lamę oraz miasto i pstryknąłem. Obiektyw był w miarę szeroki (28 mm), ale nie dość, by łatwo było objąć wszystko. Z kilku zdjęć jedynie to się nadawało, choć czas wyszedł 1/20 sekundy.

Jaki morał z tej sytuacji? Banalny, ale niech będzie – trzeba zawsze zachować zimną krew, bo nie nie wiadomo, co się przytrafi. Po drugie, warto trenować różne warianty wcześniej, by w takiej chwili nie tracić czasu na zastanawianie się. Warianty techniczne (przysłona, czas, czułość itp) by zdjęcie wyszło oraz kompozycyjne, żeby było przyjemne dla oka.

Lubie!
0

Ściana lodu

Ĺšciana lodu

„Patagonia” to jedna z tych nazw, które kojarzyły mi się magicznie. Kojarzyły i kojarzą. Ameryka Południowa w ogóle ma sporo magii. Pełno tam przestrzeni, gdzie nie uświadczysz człowieka, a Patagonia w tym przoduje. Oczywiście piękne górskie krajobrazy Andów to jedno, a równiny patagońskich pastwisk pastwisk to zupełnie inna sprawa.

Tyle tylko, że Patagonia to nie tylko wypas bydła czy owiec. To olbrzymia i różnorodna kraina. To w niej znajduje się park narodowy Los Glaciares. Jego najjaśniejszymi punktami są Fitz Roy (strzeliste granitowe turnie), Cerro Torre (jak wyżej) oraz lodowiec Perito Moreno (nadmienię tylko, że park Torres del Paine znajduje się niedaleko).

Wspomniane góry są dostępne dla wybranych, a lodowiec może odwiedzić każdy. Spływa on (tak, lód powoli, ale płynie czy może pełznie) z gór do jeziora, przez które przepływa rzeka. Gdy zablokuje przepływ wody, ta zbiera się z jednej jego strony, po czym przełamuje lodowy mur. Jest to podobno fascynujące widowisko. My nie mieliśmy szczęścia go oglądać, ale już „zwyczajne” odrywanie się potężnych brył lodu z czoła lodowca dostarcza wrażeń. Gdy kawał zamrożonej wody wielkości kamienicy wali się do wody, czuć to w każdym miejscu ciała.

Lubie!
0

Torres del Paine

Torres del PaineTorres del Paine – czyli olbrzymie granitowe wieże. U ich podnóża lodowiec, a na pierwszym planie rumowiska skalne. W Andach, a w końcu wszystkie góry w Amerycie Południowej to jakieś Andy, takich rumowisk jest całkiem sporo. Wchodzi się po tym fatalnie, bo trzeba cały czas walczyć – dwa kroki w górę, jeden w dół. Za to schodzi się trochę lepiej, ale też trzeba uważać, żeby się nie rozpędzić.

Lubie!
1

Wieże i my

Torres del Paine i myPark Torres del Paine to jedno z tych miejsc, które warto odwiedzić. Najważniejszym punktem wycieczki do tego miejsca jest odwiedzenie granitowych wież, które wyrastają około kilometra powyżej otoczenie. Pewnie największą frajdę sprawiają wspinaczom, ale i zwykli „deptacze” mogą mieć wiele radości z obcowania z nimi.

O samej wycieczce do parku jeszcze napiszę. Teraz o wieżach – sięgają 2,5 km nad poziom morza. Klasykiem jest wstanie wcześnie rano i obejrzenie ich o wschodzie słońca. Śpi się na kempingu, wstaje po ciemku i takoż w mroku idzie się górskimi ścieżkami. My się o mało co nie spóźniliśmy na ten spektakl, ale przyspieszyliśmy w odpowiednim momencie i zdyszani wpadliśmy na miejsce, skąd się go ogląda. Pechowo było trochę chmur i słońce nie było bardzo intensywne. Tym niemniej wieże wyglądały imponująco.

Nie daleko, bo ok. 150 km dalej jest Fitz Roy – również skalisty szczyt o podobnych charakterze, którego zdobywanie można obejrzeć w filmie Wernera Herzoga „Krzyk kamienia”. Sam film jakoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ale, jako że filmów o górach w roli głównej nie ma wiele, na pewno warto go zobaczyć. Z filmów górskich najbardziej polecam „Czekając na Joe”. Za tytuł dystrybutorowi należy się lanie, ale sam film… Jest to paradokument, ale trzyma w napięciu nie gorzej niż najlepsze fabuły. Tym bardziej, że jest oparty na prawdziwych wydarzeniach. Wydarzeniach – dodam – niesamowitych. Żeby nie odbierać przyjemności oglądania, nic więcej nie napiszę. Gdyby ktoś zachęcony przeze mnie go obejrzał, proszę podzielić się wrażeniami.

Lubie!
0

Herbaciane pole

Herbaciane poleHerbaciane pole było niedawno, ale z oddali. Dziś w średnim zbliżeniu. Dopiero tutaj widać, jak wyglądają „krzewy” herbaciane. Piszę w cudzysłowie, bo krzewami są dzięki przycinaniu. I dzięki temu mają ciągle świeże, młode liście.

Te zdjęcia pochodzą z wypadu na własną rękę, kiedy zachęceni opowieścią jakiegoś mieszkańca naszego hostelu, wsiedliśmy do autobusu i wysiedliśmy za miastem. Mogliśmy swobodnie chodzić między wzgórzami, między rzędami herbacianych krzewów. Na tyle swobodnie, że zrobiłem kilka zdjęć z bliska osobom zbierającym liście. Nie robiły problemów.

Dzień wcześniej pojechaliśmy na wycieczkę, która miała swoje zalety, choć akurat zdjęć wtedy nie zrobiłem zbyt ciekawych. Ale zwiedziliśmy wytwórnię herbaty Boh i kupiliśmy paczkę saszetek do sporządzania herbaty mrożonej o smaku czarnej porzeczki. Smakowała nam tak bardzo (choć to bardziej napój herbaciany), że poprosiliśmy znajomych, którzy jechali rok póĹşniej, by nam ją przywieĹşli.

Na koniec ciekawostka wyczytana w Wikipedii. Chiński znak oznaczający herbatę czyta się na dwa sposoby (w różnych dialektach) – albo „te” (stąd angielskie tee i inne podobne słowa na zachodzie Europy) albo „cza” (m.in. rosyjski, ale też indyjski „czaj”). U nas herbata pochodzi od słowa „herba” (ziele), ale już „czajnik” ma wyraĹşne konotacje ze wschodnią wersją słowa herbata.

Lubie!
0

Zbocze

Zbocze MuztaghatyNa temat tej wyprawy napisałem chyba wystarczająco. Kolejne zdjęcie z oddali, które daje trochę poczucie rozmiaru tej góry.

Lubie!
0