Szczyt w chmurach

Szczyt w chmurachFotografia z jednej strony rejestruje rzeczywistość, z drugiej pozwala nią manipulować. Przykładem jest powyższe zdjęcie.

Zrobiłem je, gdy szliśmy w kierunku (tak nam się przynajmniej zdawało) bazy pod Aconcaguą. Okoliczne szczyty nie były imponujące, nie było też jakiejś strasznej burzy, zamieci czy czegoś takiego. Tego ranka pogoda się zepsuła, okolica została przyprószona śniegiem i napłynęły chmury lub mgła. Było jasno, choć oczywiście nie słonecznie. Po pół godziny marszu w górę jakiegoś potoku przypuszczenie, które kiełkowało w nas od jakiegoś czasu, przerodziło się w decyzję – idziemy złą drogą i trzeba zawrócić.

W sumie nadłożyliśmy chyba trzy dni marszu, co mogło nam wyjść nawet na zdrowie, bo lepiej się zaaklimatyzowaliśmy. Po wszystkim okazało się, że poszliśmy najrzadszą drogą (z tych dostępnych dla turystów) – przez Dolinę Guanako. Te sympatyczne zwierzęta pojawiały się dość często, tego dnia zrobiłem jednemu zdjęcie. Pojawi się za… za tyle, że aż nie chce mi się liczyć.

Ta fotka nie wyglądała jakoś spektakularnie, aż postanowiłem się pobawić jakimś programem graficznym i zwiększyć jej wartość. Efekt ja wyżej.

Lubie!
0

Kirgizi

KirgiziRok 2004 był w moim fotografowaniu przełomem, bo pierwszy raz zabrałem na wakacje aparat cyfrowy. Było to Canon A80, 4 megapiksele, uchylny ekran i pełna kontrola ekspozycji. Żeby nie było – miałem ze sobą także Nikona N70, co było przyczyną lekkiego rozdwojenia jaźni. W Nikonie były slajdy, więc zrobione nim fotografie nie nadawały się do pokazania np. w Internecie (ze skanerem wtedy było krucho). Z kolei zdjęcia cyfrowe nie miały szans trafić do pokazu (rzutnik miałem i mam tylko analogowy). Musiałem więc po pierwsze nosić oba aparaty, a po drugie część zdjęć robiłem podwójnie.

Odwiedziliśmy wtedy Kirgistan z zamiarem wejścia na wysoką górę, potocznie zwaną Pikiem Lenina. Obecnie to Szczyt Awicenny, ale wszyscy posługują się starą nazwą. Usłyszeliśmy o nim od kolegi, który próbował na niego wejść jakiś czas wcześniej. Czemu więc nie spróbować?

Pik Lenina nie jest trudny techniczne, choć jak każda góra tej wysokości (trochę ponad 7000 metrów), może być niebezpieczny. Dodatkowo między obozami pierwszym a drugim jest sporo szczelin. Gdy był tam kolega, były odsłonięte. Z kolei kiedy my próbowaliśmy, pokrywał je śnieg. Co lepsze? Trudno powiedzieć. Śnieg tworzy mosty, po których można przechodzić, ale które mogą się załamać. Gdy szczeliny widać, można je okrążać – trwa to dłużej, ale jest bezpiecznie.

A teraz coś o zdjęciu. Baza mieści się na Cebulowej Polanie (zwanej Polaną Łukową – od rosyjskiego słowa łuk, oznaczającego właśnie cebulę). Rzeczywiście – dzika cebula tam rośnie. Baza jest przyjemna, bo poza cebulą jest trawa i ogólnie jest zielono. Do siedzib ludzkich jest daleko, na polanę dostać się można tylko wynajętym samochodem. Chyba że jest się Kirgizem, który akurat gdzieś niedaleko ma swoją jurtę.

Jurty były też na polanie, jako coś w rodzaju hotelu. Do bazy przyjechaliśmy późno, po ciemku i pierwszą noc spędziliśmy właśnie w jurcie. Zapach tego domostwa w połączeniu z pierwszymi objawami wysokości skutkować mógł jednym – w najlepszym razie nudnościami. Potem było już tylko lepiej.

Lubie!
1

Zielony szczegół

Góry w LaosieTo trzecie zdjęcie z cyklu. Moim zdaniem najbardziej udane. W pozostałych był jeden plan – ten odległy. Tutaj udało się złapać coś bliżej. Często to nieskomplikowany zabieg, a znacznie podnosi walory zdjęcia. Oczywiście, nie można po prostu przystanąć, spojrzeć i nacisnąć migawkę. Trzeba znaleĹşć to coś, co jest bliżej i co będzie współgrało z resztą fotografii. Trzeba się pochylić – dosłownie i w przenośni, bo także nad przysłoną, by uzyskać odpowiednią głębię ostrości.

Są rzecz jasna sytuacje, w których niczego sensownego na pierwszy plan się nie znajdzie, ale warto próbować, bo z moich obserwacji wynika, że często zdjęcia, które mi się podobają, są właśnie w taki sposób skomponowane: znaczący szczegół w powiększeniu na początek, a potem wypełnienie. Najtrudniej znaleĹşć ten szczegół, ale trzeba próbować.

Lubie!
0

Mnogość Buddów

Wielu BuddówPosągi Buddy można znaleźć nie tylko na zapleczu świątyni, ale – jeśli chodzi o Laos – przede wszystkim w Pak Ou, w Jaskini Tysiąca Buddów. Ja tak zapamiętałem nazwę, ale już nie jestem pewny, czy taka ona jest.

Wybierając tam, warto zaopatrzyć się w statyw, bo jest tam dość ciemno. Posągów i posążków Buddy jest tam rzeczywiście mnóstwo i to najróżniejszych. Jaskinia jak to jaskinia – ciemno tam, więc oferuje fajne kontrasty i jeśli ktoś się do tego przyłoży, można zrobić ciekawe zdjęcia. Sporo figurek jest malutkich i pewnie duży statyw nie zawsze się sprawdzi. Ja miałem tam Velbona, chyba CX-460. Waży na tyle niewiele, że można go zabrać nawet w góry, jest dość wysoki, wytrzymały. Przeżył za mną sporo i dopiero w Malezji odmówił posłuszeństwa (pod koniec wakacji). Zostawiłem go tam i jeszcze przed wyjazdem z hotelu uczynny człowiek przyniósł mi go (że może zapomniałem). Ale nie, ja go z premedytacją porzuciłem. Po powrocie do Polski kupiłem taki sam.

Lubie!
0

Machu Picchu

Machu PicchuO Machu Picchu już było – wtedy we mgle, z widokiem na dno doliny. Teraz zdjęcie można rzec klasyczne. Poranne mgły się przewaliły i rozjaśniło się. Ruiny nie są może skąpane w słońcu, ale jest dość jasno. Jakoś udało mi się prawie uniknąć ludzi na zdjęciu, ale było ich bez liku. W końcu to największa atrakcja Peru. ZnaleĹşć się tam samemu – chyba niemożliwe. Pomijam specjalne przypadki, kiedy np. ważna telewizja kręci film i wynajmuje całe ruiny. Nie można zrobić jak w syryjskiej Palmirze, gdzie po prostu rozłożyliśmy śpiwory w ruinach greckiego miasta, którego nikt nie pilnował (nie mówiąc o pobieraniu biletow). Ani tak, jak w Turcji, na Nemrud Dag, gdzie byli strażnicy, ale koleżanka nieomal wypłakała zgodę na nocleg wśród wielkich posągów. Peru ma z tych ruin niezły dochód i nie pozwoli na przebywanie wśród nich bez biletów. A nocnych nie sprzedają.

Lubie!
2

Muztaghata

Muztaghata

Z dużymi obiektami jest tak, że do ogarnięcia ich w całości potrzebna jest odpowiednia perspektywa. Z bliska widać szczegóły, a żeby zrozumieć skalę, niezbędne jest oddalenie. My Muztaghatę widzieliśmy z daleka pierwszego dnia po przybyciu w góry, ale to była za duża odległość. Potem, gdy szliśmy do bazy, nie miałem siły, by rozkoszować się widokiem i analizować szczegóły. Dopiero gdy wracaliśmy (z tarczą), był czas na refleksję. Ale nawet wtedy nie było widać tyle, co potem w domu, gdy analizowałem zrobione wtedy (czyli podczas powrotu) zdjęcia.

Proponuje obejrzeć je w powiększeniu. Od prawej krawędzi fotografii, w odległości 1/4 od dołu zdjęcia, zaczyna wić się ścieżka, którą się wchodzi. Pierwszy odcinek wiedzie po bezśnieżnym terenie, dopiero pod koniec przechodzi się przez spory plac śniegu, chwilę drepczemy po suchym, by szlak definitywnie już przybrał biały kolor. Nieco wyżej widać poziomą kreskę ustawionych namiotów. To pierwszy obóz, który od bazy dzieli ok. 1000 metrów w pionie. Sto metrów wyżej, pod serakami jest druga lokalizacja pierwszego obozu. To to miejsce, które wygląda jakby warstwa śniegu załamała się, tworząc szeroki rów. W rzeczywistości, z bliska, wyglądało to zupełnie inaczej. Zamiast rowu była ściana potrzaskanego lodu.

Droga do drugiego obozu i na szczyt wiedzie mniej więcej dalej podobnie (przynajmniej tak to wygląda z tej perspektywy). Szczyt jest tuż nad krawędzią rozpadliny, która jest z lewej strony zdjęcia. Góra jakby pękła i powstał rów, którego dno jest ok. 1000 metrów poniżej wierzchołka.

Po stronie przeciwnej od tej, którą widać, jest jeszcze lepiej. Wygląda to tak, jakby pół góry ktoś zabrał i zieje kilkukilometrowa przepaść. Dla tego widoku warto było się męczyć.

Lubie!
1

Wielbłąd

WielbłądTo kolejne zdjęcie zrobione, gdy wyruszaliśmy pod bazę pod Muztaghatą. Nie wiem, czy wielbłądy były tylko dla dodania całości egzotyki i kolorytu, ale potem w Kaszgarze raczej ich nie widziałem. Osły – owszem.

Większą ilość tych zwierząt na ulicach widziałem w Radżastanie, w Indiach. Wielbłąd wydaje się sporym zwierzęciem, ale jego udĹşwig nie jest za duży. W mojej pamięci utkwiła jakaś niewielka liczba, ale teraz znajduję, że jest to 80 kg. Wydaje mi się, że wtedy specjalnie było to zaniżone, żeby wziąć więcej zwierząt.

Tak czy inaczej – przed wyruszeniem odbyło się oficjalne ważenie. Przynajmniej tych bagaży, które jechały na wielbłądach. Ja i Gosia zrezygnowaliśmy z tego ułatwienia. Jednym z powodów była chęć zaoszczędzenia, drugim – chęć uniknięcia zbytnich ułatwień.

Nasze plecaki były ciężkie. Wszystko, czego potrzebowaliśmy było w nich lub… przy nich. Sporo sprzętu nie zmieściło się po prostu do środka i było przytroczone na zewnątrz. Mieliśmy namiot, karimaty, buty plastikowe (tzw. skorupy), których używaliśmy od bazy w górę, ubrania (w tym kurtki puchowe), jedzenie, paliwo (benzynę 78 oktanów kupioną w Kirgistanie), kuchenkę, menażkę, trochę sprzętu (czekan, raki, linę, szable śnieżne, które służyły tylko do umocowania namiotu) walkie-talkie (okazały się nieprzydatne), aparat, obiektywy, statyw i rakiety śnieżne. W sumie dawało to ponad 60 kg na naszą dwójkę.

Masz po równym do bazy nie był taki trudny. W pewnym momencie zrobiło się tylko bardzo zimno i szło się gorzej. Po drodze mijali nas miejscowi na motocyklach, oferując transport (nie wątpię, że nie za darmo), ale nie ulegliśmy pokusie i doszliśmy. Schody zaczęły się, gdy tachaliśmy to wszystko pod górę. W bazie zostawiliśmy trochę jedzenia i buty (zwykłe górskie), resztę trzeba było wtargać, co nie było łatwe. Ale było warto.

Lubie!
0

Góra

Muztagata i jezioro Karakul

Cała historia zaczęła się od znajomego znajomej, który ponoć chciał pobić rekord wysokości, z której zjechano rowerem. W ten sposób dowiedzieliśmy się o istnieniu wysokiej i łatwej góry.

Zaczęło się szukanie informacji. Wtedy nie było ich dużo, ale tyle, że się „napaliliśmy”. Wcześniej była tam jedna czy dwie polskie wyprawy i naszym znajomym udało się skontaktować z jednym z jej uczestników.

Muztaghata, choć wysoka (7536 m), uważana jest raczej za obiekt turystyki wysokogórskiej niż wspinaczki, ale dla początkujących jest oczywiście wyzwaniem. Trudności technicznych nie ma, po prostu wchodzi się dość łagodnym stokiem na szczyt. Problem sprawiają sprawy normalne w takich warunkach (wysokość, chłód, wiatry) oraz głęboki śnieg, więc warto wchodzić na nartach lub rakietach śnieżnych.

Zaletą, poza brakiem specjalnych trudności, jest dostępność i cena. Oczywiście za pełną wyprawę z kucharzem, tragarzami itp. trzeba zapłacić sporo, ale naszemu koledze udało się wynegocjować dobrą cenę bez tych luksusów. Mieliśmy zapewniony tylko transport od granicy z Kirgistanem do Kaszgaru (najbliższego miasta), tam hotel, potem autobus do bazy i z powrotem nad granicę. W bazie nie mieliśmy opiekuna, jak wyprawa, którą spotkaliśmy przed wyjazdem.

Obecnie chyba do drugiego obozu jest nawet zasięg telefonii komórkowej, sama góra jest doskonale obfotografowana w Google Mapsach. Nic dziwnego, że tłok tam prawie jak na trasie do Morskiego Oka.

Lubie!
1

Bez komfortu

Ostatnio zauważyłem gdzieś takie zdjęcie: (link dla tych, co nie mają konta na FB). Pasuje do foty, którą chcę dziś pokazać.

Muztagata, I obóz, 5600 m n.p.m.Fotografię tę zrobiliłem na stokach Muztaghaty, a przedstawia I górny obóz (dolny był 150 m niżej). Gdy tam dotarliśmy, zauważyliśmy śmieci pozostawione przez inną wyprawę. Były w dwóch miejscach. Jedno przeszukiwał jakiś Kazach, ja sprawdziłem drugie. Opłaciło się – znalazłem dwie puszki tuńczyka! Na tej wysokości, przy monotonnym jedzeniu z własnych zapasów dźwiganych na plecach, był to prawdziwy rarytas. Jedną puszkę zjedliśmy od razu, a drugą zostawiłem – miała być nagrodą albo pocieszeniem w drodze powrotnej. Okazała się tym pierwszym.

Po powrocie do Polski pokazywałem w kilku miejscach zdjęcia z tego wyjazdu i po jednym pokazie zadano mi pytanie: jak to jest, że w mojej opowieści wszystko jest takie łatwe i przyjemne? Powiedziałem, że było, ale po powrocie do domu sprawdziłem zapiski. Okazało się, że prawie każdego dnia zaczynałem notatki od opisu własnych cierpień, jaki to byłem wypompowany i z jakim trudem dotarłem do obozu. Skąd więc moje wspomnienia? Nasz umysł ma chyba taki mechanizm, żeby pozbywać się obrazów złych doświadczeń, żeby nie stanowiły potem balastu.

Tu następuje klamra – żeby człowiek był zadowolony, żeby czuł, że żyje, musi się najpierw umęczyć i umordować. Cieplarniane warunki są dobre, ale tylko na jakiś czas, a najlepiej jako nagroda za wysiłek. Choć w przypadku zdjęć nie ma to aż takiego znaczenia, chyba że dla samego fotografa. Fajna fota jest fajną fotą, bez względu na to, jak ją zrobiliśmy.

 

Lubie!
2

Spalona słońcem

Kazaszka pod MuztaghatąGdy dotarliśmy pod Muztaghatę, czekał na nas taki oto obrazek: kolega rozbijał namiot (jego bagaże przyjechały częściowo na wielbłądach, więc doszedł szybciej), a obok niego swój kram rozkładał Kazach. Kolega robił swoje, a Kazach czekał. Czekał, czekał, ale się nie doczekał, więc zwinął wyszywany koc, jakieś sztylety (nie przyglądałem się dokładnie, co ma) i odszedł.

Gdy opuszczaliśmy bazę, również roiło się w niej od miejscowych. Zwijała się wtedy jakaś większa wyprawa i część mężczyzn szukała okazji do zarobku przy transporcie lub pakowaniu sprzętu. Z pewnością mieli wypatrywali też różnych pozostałości, które dla zachodnich turystów-wspinaczy były śmieciami, ale dla nich miały wartość.

Kawałek liny, złamany kijek, resztki zapasów – to wszystko może się przydać w miejscu, w którym są tylko góry, kamienie, suche trawy. Sklepów nie ma żadnych, a do miasta trzeba jechać kilka godzin. Natura serwuje albo gorąco (promieniowanie UV dla nas jest nieomal zabójcze), albo ziąb – deszcz, śnieg czy przenikliwy wiatr.

Czego szukała ta kobieta, nie mam pojęcia. Może liczyła na jakiś zarobek, może chciała znaleĹşć coś przydatnego? A może za dziećmi, które kręciły się po obozie? Raczej nie, bo te są dużo bardziej samodzielne niż mali Polacy i Polki. Niewykluczone, że po prostu była ciekawa. Na górskim pustkowiu wiele się nie dzieje, a szczególnie podczas jesieni i zimy, które zbliżały się wielkimi krokami.

Lubie!
0